Ekopodróżowanie – BLOG

Afryka Południowa oczami dzieci

DSC04459_8_7_fotDominikaZareba

Afryka Południowa oczami małych wędrowców

tekst i zdjęcia: Dominika Zaręba

Zatrzymujemy się na piknik pod kwitnącym drzewem koralowym z widokiem na bezkresne skaliste urwiska doliny rzeki Sabie, gdzieś pośrodku płaskowyżu Weld, który otula znaczną część RPA. Kolorowy nektarnik szkarłatny spija nektar z czerwonych kwiatów. Jagoda na pierwszej stronie pamiętnika z podróży rysuje ptaszka z zakrzywionym dziobem i szkarłatnym brzuszkiem. Ten obrazek zawsze będzie mi się kojarzył z południowoafrykańską wiosną, która zaczyna się wtedy, kiedy my w Polsce powoli żegnamy lato. Nadchodzą coraz cieplejsze dni, a łagodne noce można już komfortowo spędzać w namiocie ciesząc się bliskością przyrody i wsłuchując w jej melodie. Na złotej sawannie, na rozległym płaskowyżu i w Górach Smoczych – wszędzie bajkowo rozkwitają kolczaste drzewa i krzewy, a wśród pożółkłych jeszcze traw mienią się dziesiątki gatunków egzotycznych kwiatów i ziół.

DSC00191_90_89_fotDominikaZareba  FullSizeRender(4)

Żyrafy na życzenie i ryk lwa na dobranoc

Najważniejszym celem naszej wyprawy z małymi podróżnikami jest obserwowanie zwierząt i poznawanie afrykańskiej przyrody. Dzieci zaznaczają w atlasie zwierząt, które gatunki udało im się wypatrzeć albo … usłyszeć. Niemal codziennie jesteśmy w jakimś parku lub rezerwacie przyrody, z których słynie RPA i sąsiednie niewielkie państewko Suazi.

– Mamo, pamiętasz jak zaraz po przekroczeniu bramy Parku Narodowego Krugera Staś powiedział: „A ja chcę zobaczyć żyrafę”. I kilka metrów dalej, przy centrum informacyjnym stała sobie żyrafa i pasła się na sawannie niczym krówka? – wspomina Jagoda.

Namiot rozbijamy już po zachodzie słońca w kameralnym obozie leżącym w południowej części parku w dolnym biegu rzeki Sabie. Jest ciepły sierpniowy wieczór, grają cykady, są moje urodziny a przed nami pierwsza noc w Kruger National Park, o którym tyle czytałam. Dzieci na dobranoc słyszą w oddali ryk lwa, trąbienie słonia i wycie hien … Następnego dnia strażnicy parku potwierdzają, że w nocy w okolicy grasował lew. Cieszymy się, że ryczenie króla nie było efektem naszej wybujałej wyobraźni, ale prawdziwym zewem sawanny… – Lew, drugi po tygrysie kot świata – samiec może ważyć do 250 kg – czytam dzieciom moje przyrodnicze notatki. Przebywa w grupach rodzinnych, którymi rządzi przywódca stada. Szkoda, że te wspaniałe zwierzęta żyją bardzo krótko – między 10 a 15 lat… – wzdycham obchodząc moje „lwie” urodziny.

Najsłyniejszy w Afryce Południowej Park Narodowy Krugera ciągnie się przez 350 km wzdłuż granicy z Mozambikiem od doliny Limpopo po Krokodylą Rzekę. Powstał już w 1898 roku by chronić afrykańskie zwierzęta przed niekotrolowanymi polowaniami. Jego założycielem był Paul Kruger, ówczesny prezydent dawnej Republiki Południwoafrykańskiej, będącej częścią dzisiejszej RPA.

DSC02547_6_5_fotDominikaZareba

Bajki o zwierzętach

Monotonna, trawiasta sawanna najeżona jest akacjami. Cisza, wiatr a dookoła nas bezkresny dom dla dzikich, wolnych zwierząt. Wśród nieprzyjaznej, kolczastej roślinności, co rusz pojawiają się stada uroczych impali i zebr, rodziny słoni porozumiewające się głębokim chrząkaniem, pary żyraf zajadające się liśćmi akacji, zwariowane guźce z małymi „wąsaczami” a także, ukrywające się w zielonych mokradłach, krawookie hipopotamy… Powoli uczymy się rozpoznawać antylopy – kudu wielkie, gnu pręgowane, buszboka, dujkera… Czasem przebiegną przez drogę stada pawianów czakma, patrząc na nas dość złowrogo. Czujemy się jak w niekończącym się filmie przyrodniczym. Przypominam sobie mrożące krew w żyłach opowieści o pawianach w książce Alexandra Lake’a, które nazywał je „szarymi łotrami”. Są inteligentne, ale także niebezpieczne, zwłaszcza kiedy wpadną w furię. Nawet lamparty czują do nich respekt. Pawiany mają podobno w zwyczaju zrzucać swoje ofiary z urwiska… – Za to są bardzo opiekuńcze dla swoich małych – uzupełniam dzieciom ten mocno drapieżny opis gatunku i spoglądam czule na małą małpkę wtuloną w pawianią mamę, siedzącą na trawie jakieś 50 metrów od nas.

Dzieci lubią słuchać opowieści o zwierzętach. Często czytam im swoje notatki. Podróżujemy też z książką pełną afrykańskich bajek ilustrowaną zdjęciami Ryszarda Kapuścińskiego. W każdej bajce pojawia się jakieś zwierzę. Odwieczna synergia człowieka i przyrody w Afryce.

– Najbardziej przerażające były krokodyle – opowiada Jagoda o spotkaniu z gadami w Sanktuarium Przyrody Mlilwane w Suazi. Strach się bać. Kiedy zebry, żyrafy albo antylopy piją wodę z jeziorka czy rzeki, to krokodyl potrafi takie zwierzę wciągnąć pod wodę, tam je udusić a ciało zostawić w bagnie aż zgnije. Wtedy dopiero szarpie je na kawałki i połyka w częściach, bo nie potrafi przeżuwać. Im bardziej zgniłe, tym smaczniejsze… ohyda! – krzywi się młoda badaczka przyrody. – Raz mieszkaliśmy u super rodzinki, która była troszkę zwariowana, ponieważ kąpała się w jeziorku, gdzie pływały sobie krokodyle i hipopotamy. Ktoś zawsze stał na czatach. Proponowali nam, żebyśmy się tam z nimi wykąpali, ale na szczęście nad jezioro przyjechaliśmy już wieczorem na zachód słońca. Tylko oczy krokodyli i hipopotamów patrzyły na mnie z wody. – wspomina Jagoda.

DSC02625_4_3_fotDominikaZareba

Spotkanie z nosorożcem

– Stasiu? A jakie są Twoje ulubione zwierzęta Afryki – pytam?

– Pierwszy nosorożec…wiadomo… Drugi hipopotam, a trzeci słoń. Ten słoń, który nam wystawiał pupę na sawannie… – odpowiada mały odkrywca z niewinnym uśmieszkiem…

Czteroletni wówczas Staś faktycznie oszalał na punkcie nosorożców. Widzieliśmy nosorożce białe – największe, z szerokim pyskiem, oraz czarne – gatunek krytycznie zagrożony wyginięciem. Próby ratowania tych niezwykłych zwierząt prowadzone są na największą skalę w Parku Narodowym Hluhluwe-iMfolozi we wschodniej części RPA, krainie Zulusów. Po kilku godzinach objeżdżania parku zatrzymujemy się na środku głównej drogi wpatrując w mapę i zastanawiając się gdzie by tu dalej ruszyć w poszukiwaniu nosorożców. Nagle Staś krzyczy – Ojoj! Wszyscy niemal równo wynurzamy głowy znad mapy i … odbiera nam mowę. Tuż przed maską samochodu spokojnie jakby nigdy nic spaceruje sobie samica białego nosorożca z młodym, która – spokojnie przeżuwając zerwane z krzaka kolczaste gałązki – przechodzi sobie na drugą stronę drogi. A za nimi kroczy wielki samiec z ogromnymi wygiętymi rogami; większy róg ma chyba z półtorej metra! Wyglądają na ostoję łagodności i spokoju – trudno uwierzyć, że potrafią biec nawet 50 km na godzinę! – Wiesz Stasiu, że nosorożce żyją długo, 40-50 lat. Może kiedyś jak tu wrócisz to spotkasz tego samego nosorożca, a ten mały to jest chyba nawet w twoim wieku…

Ku uciesze najmłodszego podróżnika spotykamy zjawiskowe zwierzęta jeszcze kilka razy. Staś zachowuje sobie na pamiątkę bankomat o nominale 10 randów. Po jednej stronie ma Nelsona Mandelę a po drugiej – wizerunek białego nosorożca. Co za niezwykłe połączenie!

SONY DSC

W Krainie Zulusów

„Zwariowana, rodzinka”, o której opowiadała wcześniej Jagódka, to: Ronell, Charlie, ich synek Felix oraz przyjaciółka rodziny, woluntariuszka Pushi. Mieszkają na wydmach Mbazwane, kilka kilometrów od wybrzeża Oceanu Indyjskiego, w okolicach jeziora Sibaya, w krainie Zulusów. W ramach couchsurfingu zapraszają nas do domu położonego na niewielkiej ekologicznej farmie na piaszczystym wzgórzu pośród sawanny, gdzie ciągle wieje ciepły, silny wiatr. Wiatrak dostarcza im prądu i pompuje wodę z głębokości prawie 100 m. Ronell Mostert jest rodowitą Afrykanerką mówiącą w języku africaans, pochodzącym od holenderskich osiedleńców, którzy przybyli do Afryki Południowej w XVII w. Pomaga lokalnej społeczności Zulusów realizować projekty kulturalne i ekologiczne. Założyła lokalną organizację, stworzyła centrum kultury i spotkań oraz społeczny ogródek warzywny. – Moim marzeniem jest rozwój ekoturystyki w regionie – opowiada. – Pokażę Ci co planujemy. Ronell zabiera nas do domu Nomasomto i Nokwandy Zikhali – sympatycznych sąsiadów. Kilkanaście wesołych dzieci biega razem z naszymi po podwórku. Nikną bariery językowe i kulturowe, nawet udaje im się razem zatańczyć. Jagódka patrzy jak zaczarowana na płynność i harmonię ruchów rodowitych Afrykańczyków. Można im pozazdrościć poczucia rytmu! W międzyczasie dorośli oglądają kolekcję plecionych z trawy i sitowia mat oraz zuluską okrągłą chatkę z trzciny w kształcie ula, która ma być wynajmowana turystom. Potem robimy sobie sesję zdjęciową w świetle zachodzącego słońca… Ronell pisze mi co jakiś czas wiadomości „z terenu”, co im się udało wspólnie zrobić, jakie mają bieżące problemy i wyzwania*. Patrzę z nadzieją na to, jak na nowo nawiązują się relacje między mieszkańcami Afryki o różnych kolorach skóry. Rozmawiam z Jagodą o apartheidzie. Opowiadam jej o Nelsonie Mandeli, jak walczył o wolność i równe prawa czarnych i białych Afrykańczyków. – Wszyscy ludzie muszą być traktowani tak samo, nie ma lepszych i gorszych, ważniejszych czy mniej ważnych… – oznajmia stanowczo Jagódka. W RPA – po zniesieniu apartheidu jest aż 11 języków urzędowych! Wiesz Jagódko, że językiem zulu posługuje się jedna czwarta mieszkańców Republiki Południowej Afryki a rozumie go połowa mieszkańców tego kraju?

SONY DSC

 

***

Epilog

Trudno zamknąć na kilku stronach opowieść o afrykańskiej przygodzie, tak jakby ciągle się nie skończyła. Żal mi tych historii, które jeszcze nie zostały opowiedziane. O tym jak łobuziarskie mangusty zamieszkały w plażowym barze w zatoce Sodwana z najpiękniejszym widokiem na Ocean Indyjski i co wyczyniały o zachodzie słońca. O bandzie wszędobylskich koczkodanów planujących włamanie do domku przy plaży w celu przywłaszczenia sobie chleba, bananów i płatków kukurydzianych. O tym jak 200 metrów od naszego namiotu wychodziły sobie w nocy na żer pochrapujące hipopotamy. I wreszcie, jak małe pingwiny przylądkowe uprawiały sobie wyścigi pływackie na jednej z najdalej na południe wysuniętych plaży Afryki, niedaleko Kapsztadu… No i o pewnym strusiu, który miał zwyczaj pozować do zdjęć na Przylądku Dobrej Nadziei.

Podróżując z dziećmi widzi się świat ich oczami – jest bardziej różnorodny, zagadkowy, nieprzewidywalny i pełen detali, często niezauważalnych dla dorosłego człowieka. – Jaki kolor ma Afryka? – pytam Stasia. – Trochę niebieski, bo jest taka wielka aż po kraniec nieba. No i zielony oraz złoty… Lubię kolor złoty i niebieski. Ale mamo, przecież zwierzęta z Afryki, które najbardziej lubię są w sumie szare… No dobra, szary kolor też jest w porządku. A te zwierzęta na pewno najbardziej lubią zielony, taki jak trawa na sawannie…

copyright: Dominika Zaręba / część tekstu ukazała się w Magazynie “Podróże”, nr 11/2016.

SONY DSC

* Najnowszy news! Właśnie ruszyła Szkoła Gotowania z Zulusami – Zulu Cooking Classes stworzona przez Ronell Mostert i cudowną rodzinę Nomasomto i Nokwandy Zikhali! https://www.facebook.com/Zulu-Cooking-Classes-1936225353309338/

FullSizeRender(2)   FullSizeRender(3)

Sharing is caring!

Dominika Zaręba