Ekopodróżowanie – BLOG

Senna bajka

24321844_309188009580280_407617032_o

Przygody Dolibuka, lanckorońskiego skrzata

obrazy patchworkowe: Celina Kędziera

tekst: Dominika Zaręba

Wstęp

Jestem lanckorońskim krasnoludkiem. Mam 373 lata. Wołają na mnie Dolibuk, a przyjaciele mówią do mnie po prostu Doli. Nie mam czerwonej czapki, noszę za to niebieski kapelusik, spod którego wystają moje długie kasztanowe włosy. Jestem trochę szalony i łatwo się wzruszam. Mam w zwyczaju szwendać się i wsłuchiwać w różne historie. Uwielbiam czytać poezję, czasem nawet piszę wiersze, ale jeszcze nikomu ich nie pokazałem. Lubię bardzo ostre dania, od 109 lat nie jem mięsa, bo zaprzyjaźniłem się ze wszystkimi zwierzętami z lasu i wioski, no i jakoś głupio by było widzieć je na talerzu. Za to codziennie mógłbym wcinać racuchy z jabłkami z lanckorońskich sadów albo pierogi z jagodami pod śmietankową pierzynką i pić gorącą czekoladę z dodatkiem chili. Najbardziej kocham lato. Wtedy dni są takie długie! A jak się trafi ciepły wieczór, to siedzę sobie do później nocy na moim jesionie pod gwiazdami i się rozmarzam, a czasem piszę. Ostatnio zrobiłem sobie listę rzeczy i marzeń do urzeczywistnienia przez następne sto lat i zakopałem ją w opuszczonej borsuczej norze pod korzeniem jesionu, w szkatułce zamykanej na maleńką kłódkę. Kluczyk zawsze noszę ze sobą. Za jakieś 50 lat ją wykopię i sprawdzę, co ziściło się z moich planów. Jeśli was interesuje ta moja lista, to możecie zerknąć na koniec książki, włożyłem ją do kieszonki w okładce. Ale obiecajcie, że nie będziecie się śmiali z moich dziwacznych czasem marzeń!

Trochę się rozgadałem. Jak piszę, to mi się dobrze gada. Jak już wam wspominałem, lubię wsłuchiwać się w różne historie. A że mieszkam w podziemnym korytarzu tuż pod lanckorońskim rynkiem, to słyszę najdziwniejsze rzeczy i wplątuję się w najbardziej niespotykane sytuacje. Jako krasnoludek w średnim wieku dojrzałem ostatnio do decyzji, żeby napisać książkę pod tytułem „O najdziwniejszych sprawach, przygodach i zakamarkach Dolibuka, lanckorońskiego skrzata”. No to zaczynamy. I uwaga! Najlepiej czyta się z kubkiem gorącej czekolady pod ręką z dodatkiem chili ma się rozumieć 😉

24271121_309187879580293_434985885_o

PRZYGODA PIERWSZA – SENNA BAJKA

Muszę wam na początku opowiedzieć, jak wygląda moja podziemna komnata. Tak, komnata, bo klimaty mam tu od niedawna iście królewskie (nawet pomalowałem na złoto ścianę w salonie). Centralne miejsce zajmuje kredens ze szklaną witrynką i szufladkami. Pośrodku stoi okrągły stół z wygiętymi nogami i cztery krzesła wyściełane turkusowym atłasem. Ale najważniejszy mebel to bujany FOTEL z podłokietnikami, który wygląda prawie jak tron, a ja na nim prawie jak król wszystkich krasnoludków świata Dolibuk Lanckoroński Sprawiedliwy – pan na Lanckorońskiej Górze Ajajaj, chyba znowu się trochę rozmarzyłem Śmiejecie się? Sami przyjdźcie zobaczyć, jak po królewsku zasiadam na tym moim tronie i popijam gorącą czekoladę. Ale nie to jest najważniejsze (chociaż wierzcie mi, że tron naprawdę genialnie do mnie pasuje). Najważniejsze jest to, że ten bujany FOTEL jest zaczarowany. Ten, kto na nim po raz pierwszy w życiu usiądzie, słyszy muzykę, po czym nagle pojawia się przed nim instrument i osobnik w fotelu zaczyna na nim grać niczym wirtuoz z najlepszej orkiestry symfonicznej. Zarówno on, jak i wszyscy, którzy słuchają tego koncertu, czują się przez tę chwilę najszczęśliwsi na świecie. Zmartwienia odchodzą w dal wraz z zaczarowaną muzyką. Poczucie błogiej radości i bezsmutkowości utrzymuje się nawet do kilku lat. Niektóre jednostki w muzyce tej odnajdują sens życia Ja na przykład odnalazłem w niej mojego prawdziwego przyjaciela i zagrałem pierwszy raz w życiu na trąbce, spełniając jedno z moich największych marzeń. Pewnie chcecie wiedzieć, skąd mam ten zaczarowany, królewski fotel?

Otóż ostatniej zimy zaprzyjaźniłem się z lanckorońskim stolarzem z ulicy Zamkowej. Był mroźny, ale słoneczny poranek. Spotkałem go pod moim jesionem. Opierał się o drzewo i patrzył gdzieś w dal. Jakiś taki zamyślony był. Normalnie to stronię od ludzi, bo ich nie rozumiem i nie lubię, ale ten egzemplarz ludzki mnie zainteresował. Zobaczyłem w jego oczach trochę jakby siebie, kiedy siedzę na jesionie i z błędnym wzrokiem kombinuję, o czym by wam napisać.

20171203_120607

– Dzień dobry, panie człowieku – zagadnąłem normalnie jak nie ja.

– Witaj o poranku, panie krasnoludku – odpowiedział i uśmiechnął się.

Człowiek się do mnie uśmiechnął! Przetarłem oczy, żeby sprawdzić, czy on tak zwyczajnie, a może krzywo albo złośliwie się uśmiecha, a może z niedowierzaniem i pogardą (bo – jak wiecie – większość ludzi nie wierzy w istnienie krasnoludków albo po prostu nas ignoruje).

– Ładny ten jesion. Lubię jesiony – powiedział. I nawet oczy mu się uśmiechnęły.

– Dziękuję panu. To mój jesion. Posadziłem go sześćdziesiąt jeden lat temu z nasiona, które do mnie niespodziewanie przyfrunęło z wiatrem odrzekłem z dumą, a mój niebieski kapelusik uniósł się lekko nad moją głową, jakby też chciał pokazać, jaki jest ważny.

– Wiesz, krasnoludku, to niezwykłe. Ja mam dokładnie tyle lat, więc posadziłeś go w roku, w którym się urodziłem To wszystkie jest jakieś tajemnicze Zamyślił się.

– Jeśli mógłbym zapytać Skąd pan się wziął pod moim drzewem? Nigdy pana tu nie widziałem.

– Wczoraj miałem dziwny sen. Taką jakby senną bajkę. Śniła mi się straszna burza. Diabelski wiatr połamał wszystkie drzewa w lesie na Lanckorońskiej Górze. Uratowało się tylko jedno ten oto jesion. Burza uszkodziła mu tylko jedną dużą gałąź. Drzewo śpiewało jakąś piosenkę, tak jakby do mnie ją chciało skierować. Nie potrafię jej teraz zanucić, ale pamiętam słowa refrenu. Potem się obudziłem, ubrałem i przyszedłem tutaj.

– A jak brzmiał refren, jeśli można wiedzieć? wykrzyknąłem z pewną dozą szaleństwa w głosie, które zwykle towarzyszy mi, kiedy zaczyna się moja nowa lanckorońska przygoda.

– Hm, to było jakoś tak:

W jesionie ukryta

Została muzyka

Muzyka kojąca

I smutki lecząca

/

Jeden tylko stolarz

Zadaniu podoła

Dźwięki wydobędzie

Radość będzie wszędzie

/

Razem z przyjacielem

Osiągniecie wiele

A ten oto jesion

Zmienicie w jam session

– To faktycznie dość niesamowite. Zamyśliłem się. Popatrz, przyjacielu! zawołałem, spoglądając na skarpę, na której rośnie jesion. Wiatr urwał największą gałąź i leży tam, na kamieniach. Dopiero teraz ją zauważyłem!

– Wiesz, krasnoludku, mnie często zdarzają się takie tajemnicze przypadki. Tylko że nie mam nawet z kim o nich porozmawiać, bo wszyscy mówią, że plotę jakieś dyrdymały i że w głowie mi się pomieszało od tych drewnianych wiórów. Tylko dzieci, które czasem przychodzą do mojej stolarni, chcą mnie słuchać Dlatego tak bardzo się cieszę, że dzisiaj nie zostanę sam z nową przygodą. Widziałem cię już wiele razy w naszej wiosce, jak przemykałeś przez rynek albo uliczkami wspinałeś się na Lanckorońską Górę. Ale nigdy nie miałem odwagi do ciebie zawołać. Taki nieśmiały ze mnie typ. I trochę samotnik A ty teraz nazwałeś mnie przyjacielem Czyż to nie jest wzruszające? A jak ty właściwie masz na imię?

– Jestem Doli, tak naprawdę to Dolibuk, ale przyjaciele wołają na mnie Doli. Mnie też zdarzają się niezwykłe rzeczy, ale jeszcze nigdy nie rozmawiałem z prawdziwym człowiekiem. Wszyscy wydajecie się mało sympatyczni, bez wyobraźni i strasznie zarozumiali. Ale skoro połączyła nas twoja senna bajka, to oznacza, że było mi pisane poznać bliżej gatunek ludzki. Jak do ciebie mogę się zwracać, człowieku-o-rozmarzonych-piwnych-oczach?

– Jak wieść gminna niesie, mówią na mnie Wiesiek. Ojejku, przez te dziwne sny sam już zaczynam rymować! zawołał. Ale najbardziej lubię, jak nazywają mnie Wiesławem. „Wiesław to charyzmatyczny, przenikliwy i oryginalny mężczyzna, który odważnie stawia czoło wyzwaniom, problemy rozwiązuje nieszablonowo, czarujący i życzliwy, w towarzystwie błyszczy elokwencją i dowcipem…”* wyrecytował jednym tchem.

– Hm odchrząknąłem. Zabrzmiało to jak autoreklama z rubryki towarzyskiej!

– Wiesz, kiedyś siostra przeczytała mi w księdze imion, co oznacza imię Wiesław. I było to tak miłe i piękne, że nauczyłem się tego na pamięć, żeby sobie powtarzać w trudnych chwilach i nieco się dowartościować. Wiesław zaczerwienił się.

– Ciekawe, jakie byłoby znaczenie mojego imienia? zamyśliłem się. – Co powiesz na to? „Dolibuk to chodzący przykład wybitnej inteligencji, typ absolutnie romantyczny i pragmatyczny w jednym. Swoim urokiem osobistym magnetyzuje inne istoty, nie narzeka na brak powodzenia u kobiet. Jest niezależny, sprawiedliwy i czarujący. Urodzony detektyw. Odgadnie każdą zagadkę”. Uśmiechnąłem się na samą myśl o takim anonsie w gazecie wraz z moim zdjęciem powyżej.

– No, no, nieźle. I tego się trzeba trzymać Doli! Spotkało się dwóch fajnych gości, żeby zrobić coś pożytecznego dla ludzkości!

– Dla ludzkości i krasnoludkości, chciałeś powiedzieć! krzyknąłem entuzjastycznie.

– Dla wszystkich stworzeń dobrej woli na tym świecie! zawołał Wiesław. I obaj wybuchnęliśmy śmiechem.

Śmialiśmy się tak chyba z pół godziny, aż dostałem czkawki. Zawsze, jak długo się śmieję, to dopada mnie czkawka głupawka. Jedynym lekarstwem jest gorąca czekolada z chili, którą na szczęście miałem pod ręką w termosie.

– No i co teraz z tym wszystkim zrobimy, Doli? zapytał Wiesław. – Wezmę jesionową gałąź do warsztatu, popatrzę na nią i pomyślę, co dalej. Wpadnij do mnie po południu i będziemy razem kombinować.

– Dobrze, tak zróbmy. Ja spiszę sobie słowa piosenki z twojej sennej bajki i przeglądnę w domu stare księgi moich praprapraprapradziadków. Może natknę się na jakiś trop, może wskazówkę znajdę i będę miał frajdę. Olaboga, też mi się udzieliło i w rym obróciło!

Tak też zrobiliśmy. Zaszyłem się na trzy godziny w mojej bibliotece pełnej ksiąg i krasnoludkowych encyklopedii. W końcu trafiłem na „Zaczarowany atlas drzew” napisany przez Konstantynę Stanisławę Bukbukową moją praciotkę, która była znanym badaczem przyrody i bezkresu, profesorem teorii poznania i absolutu. Udowadniała ona, że każde drzewo ma duszę i właściwość, która w czasach pokoju może uzdrawiać i ulepszać świat. W rozdziale dotyczącym jesionów przeczytałem, że gatunek Fraxinus excelsior był drzewem tak samo kultowym jak dąb i symbolizował słońce. Wywar z kory jesionu ratował życie po ukąszeniu przez węża i smoka I wreszcie bingo! Znalazłem trop prowadzący do sennej bajki. Jak napisała moja praciotka, 1073 lata temu w dalekiej Persji zanotowano odmianę Fraxinus excelsior musicus, czyli jesionu, który miał uzdrawiać muzyką i przynosić radość. W księdze znalazłem, niestety, tylko wzmiankę o braku danych na temat występowania tych drzew w innych miejscach na świecie. Ale potem wypatrzyłem jeszcze notatkę na marginesie, że pewien grajek podróżnik z czasów średniowiecza chwalił się, że ma gitarę stworzoną z drzewa jesionu, które powaliła burza, i że brzmienie instrumentu sprawiało, że wszyscy wokoło czuli się szczęśliwi, odnajdując radość i sens życia w zaczarowanej muzyce.

Pobiegłem czym prędzej na ulicę Zamkową. Wiesław palił fajkę i siedział zadumany. Nawet nie zauważył, jak wpadłem zadyszany na jego podwórko. Rozentuzjazmowany opowiedziałem mu, co znalazłem w krasnoludkowych księgach. Słuchał mnie bardzo zamyślony, normalnie jakby bujał w obłokach.

– Obudź się, przyjacielu! zawołałem. Nie rozumiesz, że musimy zrobić z tej gałęzi jakiś instrument? Przecież to oczywiste. Czysta logika absolutna! krzyczałem bardzo podekscytowany.

– Ach, drogi Doli odezwał się wreszcie Wiesław. Myślę, że to nie jest takie proste. Po pierwsze, ja nie umiem robić instrumentów. Jestem prostym stolarzem. A w mojej sennej bajce jesion mówił, że „jeden tylko stolarz zadaniu podoła”, i mówił to do mnie, tak jakby A co ja umiem? Ja potrafię tylko zrobić stół albo krzesło, kredens odnowić, tabliczkę ozdobną wyrzeźbić, stare drzwi uratować od zapomnienia. Ale na muzyce się nie znam. Owszem, lubię słuchać różnych melodii, jak byłem młody, to nawet w teatrze wiejskim występowałem i śpiewałem piosenkę. Ale żaden ze mnie muzyczny ekspert

– Wiesławie, przestań! Przypomnij sobie, co oznacza twoje imię, i wzbij się na wyżyny wrodzonego intelektu i sprytu! Jeśli nie potrafisz stworzyć instrumentu, to zrób z tej gałęzi coś innego, coś pięknego, coś, co na pewno ci wyjdzie, a potem zobaczymy, jak dalej potoczy się nasza przygoda! zawołałem i podskoczyłem, żeby dodać mu otuchy, a niebieski kapelusik skakał razem ze mną i mi przytakiwał. Po prostu polubiłem tego człowieka. Nigdy bym nie przypuszczał, że moją pokrewną duszą stanie się kiedyś egzemplarz ludzki

– Doli, mój przyjacielu! Masz w sobie tyle dobrej energii. Jak ty potrafisz pozytywnie motywować. Psychologię studiowałeś czy co? zawołał Wiesław. Do tego jeszcze masz aktorskie zdolności, że pozazdrościć! Ojejku, znowu rymuję. Chyba jak się wzruszam, to zaczynam wierszować. Posłuchaj, Doli. Jak tu tak sam siedziałem i na tę gałąź patrzyłem, to wykombinowałem, żeby zrobić z niej bujany fotel dla ciebie. Będziesz sobie w nim siedział, pił czekoladę i pisał te swoje wiersze i opowieści. Akurat tyle drewna wystarczy, żeby z jesionu wyczarować krasnoludkowy fotel. Będzie miał podłokietniki i rzeźbione oparcie. A potem zobaczymy, co dalej. Może ta senna bajka, to tylko po to mi się przydarzyła, żebym mógł cię poznać i mieć wreszcie prawdziwego przyjaciela? Kumpla, który ma równie szaloną wyobraźnię, z którym można normalnie pogadać o rzeczach niespotykanych, a nie tylko o pogodzie i prozie życia?

– Wiesz, Wiesławie, w sumie to masz rację powiedziałem już spokojniej. Udzielił mi się chyba wewnętrzny ład duchowy Wiesława. Nawet jeśli ta nasza przygoda nie będzie jakoś specjalnie zaczarowana czy nie z tej ziemi, to przecież najfajniejsze przed nami. Przyjaciel to jest świetna sprawa, a ja mam teraz Wiesława! Uśmiechnąłem i mrugnąłem do niego.

I zrobiliśmy tak, jak zaproponował Wiesław. Całe popołudnie, wieczór i ranek następnego dnia stolarz pracował nad bujanym fotelem dla mnie. Ja w tym czasie asystowałem mu, a to szlifując drewno papierem ściernym, a to opowiadając o moich kumplach i kumpelkach z lasu i miasteczka, a to parząc herbatę (bo Wiesław nie miał w domu czekolady) i podśpiewując krasnoludkowe szlagiery (bo ja taki muzykalny typ jestem, nie wiem, czy wam o tym wspominałem). Na końcu pomalowaliśmy fotel bejcą w kolorze orzechowym, mniej więcej takim jak moje włosy. Było już późno, zrobiło się ciemno. Siedzieliśmy teraz przy kominku i patrzyliśmy na mój nowy fotel. Był piękny, z wygiętymi podłokietnikami, oparciem rzeźbionym w serduszka i liście jesionu. Wyglądał jak tron nie z tej ziemi, nawet trochę jakby unosił się w powietrzu na swoich biegunach. Prezentował się obłędnie.

– Wiesz, Wiesławie westchnąłem w życiu nie miałem niczego tak pięknego. Dziękuję ci za to, przyjacielu.

Zanim jednak zdążyłem się na dobre rozczulić, ktoś zapukał do drzwi.

– Proszę, otwarte! zawołał mój przyjaciel stolarz.

Drzwi delikatnie się uchyliły i stanęła w nich mała sąsiadka, siedmioletnia Gabrysia. Była sierotą, którą wychowywała babcia. Często przesiadywała w warsztacie stolarskim, lubiła przyglądać się pracy Wiesława i wsłuchiwać w jego opowieści. Nigdy się nie uśmiechała, zawsze miała minkę poważną, a spojrzenie troszkę jakby nieobecne i bardzo, bardzo smutne.

– Dzień dobry, czy mogę tu z wami posiedzieć? zapytała niepewnie i popatrzyła na bujany fotel, a w jej oczach pojawił się niespotykany dotąd blask.

– Dobrze, że przyszłaś, Gabrysiu. Akurat skończyliśmy pracę. Bądź pierwszą księżniczką, która zasiądzie na tym nowiutkim tronie bujanym.

Gabrysia zbliżyła się ostrożnie i nieśmiało do fotela. W tym momencie do izby wpadł ciepły podmuch, a mebel zaczął się ruszać i świecić jakimś dziwnym światłem. Dziewczynka jak w transie delikatnie usiadła na fotelu i zaczęła nucić melodię. Nagle w jej dłoniach pojawiły się skrzypce, a ona zaczęła pięknie na nich grać balladę, którą Wiesław słyszał w swojej sennej bajce. Na jej twarzy zagościła nagle wielka radość. Po raz pierwszy się uśmiechała, aż widać było śliczne dołeczki w jej policzkach. I ja, i Wiesław słuchaliśmy jak zaczarowani i czuliśmy się bardzo szczęśliwi. Potem na fotelu zasiadłem ja. Już wiecie, że zagrałem na trąbce. Zawsze o tym marzyłem, teraz uczę się nut, ale o tym opowiem w innym rozdziale. Wiesław nie zmieścił się na fotelu, ale tak mu się ogólna radość udzieliła, że nawet nie musiał specjalnie na niczym grać, za to podskakiwał i wybijał rytm dłońmi niczym prawdziwy hiszpański palmero.

Od tego czasu mój zaczarowany fotel uzdrawia muzyką smutek i troski dzieci, krasnoludków i zwierząt. Na dorosłe ludzkie osobniki raczej nie działa, bo, po pierwsze, w większości nie wierzą oni w czary, a po drugie, nie zmieściliby się w nim. Ale na szczęście radość i muzyka w sercach najmłodszych i nas, skrzatów, udziela się od czasu do czasu i naszej małej Lanckoronie, i całemu światu! I tego wam życzymy na Święta i Nowy Rok.

Wasz Dolibuk, lanckoroński skryba, gryzipiórek i poeta

Z tej bajki morał jest prosty.

Niech już cię nie trawią twoje troski

Jeśli muzyka w tonie gra

to uchroni cię od zła.

/

Każdy melodię ma w sobie

Trzeba ją tylko umieć wydobyć

Tak jak nasi przyjaciele

Odkryli razem melodii wiele

***

Zapraszamy na wernisaż wystawy poduszek Celiny Kędziery z okazji Zimowego Festiwalu “Anioł w Miasteczku” w Lanckoronie, 10 grudnia o godz. 12.00.  – więcej o Festiwalu

Wernisaz_CelinaKedziera_AniolwMiasteczku_10122017

© Dominika Zaręba (tekst), © Celina Kędziera (grafika)

Redakcja i korekta stylistyczna tekstu: Aurelia Hołubowska 😉

* znaczenie imienia Wiesław zainspirowane informacjami na portalu: www.ksiegaimion.com

***

23732218_304210980077983_1373571217_oCelina Kędziera, Studiowała na Wydziale Malarstwa i Grafiki krakowskiej ASP. Otrzymała Dyplom z Malarstwa w pracowni Prof. Adam Brinckena oraz Dyplom z Projektowania Książki i Typografii w pracowni Prof. Romana Banaszewskiego w 2000 r. Poza malarstwem, od dwudziestu lat zajmuje się tkaniną artystyczną w technice patchworku. Uwielbia koty, z zachwytem patrzy na ptaki. Od jakiegoś czasu Artystka zakochała się w Lanckoronie.
Rękodzieło z tkaniny można zobaczyć i zakupić na stronie: Lomela.eu.

 

 

 

 

***

Jeśli chcecie przeczytać więcej przygód Dolibuka, napiszcie do mnie: -)

email: atitlan.ekoturystyka@gmail.com

Sharing is caring!

Dominika Zaręba