Przygody Dolibuka 2, R.2

Przygody Dolibuka 2, R.2

[:pl]PRZYGODA DRUGA / ZAGADKA STAREJ FOTOGRAFII

tekst: Dominika Zaręba /// obrazy: Celina Kędziera

ROZDZIAŁ 2 (zob. Rozdz. 1.)

Ruiny zamku lśniły w księżycowej poświacie, w oddali słychać było pohukiwania sów. Staliśmy u stóp zamku widząc kadr ze zdjęcia skradzionego z muzeum. Na fotografii, której kopię pokazał mi wcześniej Sir Fox, było tylko znacznie mniej drzew wokoło ruin i została wykonana – na moje oko – późną wiosną lub na samym początku lata.

62458750_430905960823471_7026231699260309504_n

– Hmm… I co teraz? – zamyślił się lis, gdyż w sumie nie ustaliliśmy wcześniej planu akcji, tylko spontanicznie ruszyliśmy na wzgórze.

– Chodźmy na dziedziniec zamkowy. Tam opowiem panu o mojej pewnej hipotezie wysnutej na podstawie studiowania książek w bibliotece. – odrzekłem.

Wspięliśmy się na ruiny Zamku stromą skarpą, śliską od topniejącego śniegu. Trzeba mieć dużo wyobraźni, by wewnętrzny placyk pośród zrujnowanych fragmentów murów i porozrzucanych kopców kamieni, wydał się dawnym reprezentacyjnym dziedzińcem zamkowym. Wiatr tańczył wokół nas, światło księżyca wyostrzało groźne cienie murów. Czuło się obecność duchów przeszłości, tych zachowanych w legendach lanckorońskich, o których tak wiele przeczytałem w długie zimowe wieczory.

– Usiądźmy tu na kamieniach – wyszeptałem i położyłem wełniany szalik, żebyśmy mieli cieplej i wygodniej. – Powiem panu co na razie wywnioskowałem z naszego szyfru. – Otóż wydaje mi się, że liczby z początku i końca notatki nawiązują do stuletniej rocznicy odkrycia negatywu przez naszego naukowca. Tak jakby ktoś specjalnie chciał podkreślić wagę wydarzenia.

– To bardzo ciekawe, miałem podobne wrażenie, ale wolałem, żeby pan sam mi to potwierdził. – lis po raz pierwszy uśmiechnął się i do twarzy mu było z tym lisim uśmiechem. Teraz spróbujmy się zastanowić co oznaczać może litera L na początku i końcu szyfru, detektywie Dolibuku? – zamyślił się.

– To oczywista logika absolutna. – odparłem z wielce inteligentną miną. Pierwsze L to oczywiście Lacock, czyli: „W roku pańskim 1834 w angielskim miasteczku Lacock Sir William Fox Talbot rozpoczyna eksperymenty nad utrwaleniem obrazu optycznego” – wyrecytowałem jednym tchem jakbym czytał dalej księgę historii fotografii.

– Otóż to! Mój drogi geniuszu Dolibuku! – odpowiedział lis. Wiedziałem, że z tobą będzie się zawodowo pracowało!

– A zatem ostatnie L – rzekłem – oznacza Lanckoronę. Zdjęcie zostało wykonane w Lanckoronie w 1934 roku, w stuletnią rocznicę ważnego wydarzenia naukowego … Taką można wysnuć hipotezę i postarałam się wkrótce udowodnić jej prawdziwość! – powiedziałem cichym i przejętym głosem.

– A zastanawiałeś się krasnoludku co mogą oznaczać litery w środku szyfru? – zapytał lis.

– Mam tu kilka, na razie luźnych skojarzeń – odparłem. F.T. – to mogą być np. inicjały Foxa Talbota, tak samo jak M.T. – Matyldy Talbot, chociaż M.T. i F.T. pojawiają się dwukrotnie i mogą mieć także jakieś podwójne znaczenie. Załóżmy, że są to częściowo inicjały. Wówczas jest wielce prawdopodobne, że na fotografii została uchwycona sama wspaniała dama z Lacock i że pani Matylda podczas swoich licznych podróży odwiedziła Lanckoronę i postanowiła tutaj coś po sobie zostawić…

Wtem w oddali usłyszeliśmy szelest gałęzi. Spojrzeliśmy najpierw z niepokojem na siebie a potem w stronę lasu, skąd pochodził obcy odgłos. Szybciutko złapałem pana Talbota za płaszcz i pociągnąłem go za najwyższy kamienny kopiec. Przykucnęliśmy tu w zupełnej ciszy, bojąc się, że zdradzić nas może nawet najmniejszy oddech. Zacząłem się zastanawiać czy ktoś nas mógł wcześniej śledzić, ale raczej wykluczyłem taką możliwość, gdyż mam niezwykle wyczulony zmysł słuchu na każdy, nawet najcichszy odgłos. Moim długim uszom zawdzięczam nie tylko muzykalność, ale także niezwykłą wrażliwość na dźwięki, niczym u nietoperzy. Podczas wspinaczki na Górę Lanckorońską słyszałem jedynie niewinne odgłosy przyrody…

IMG_7076

Ukryci w cieniu kopca z kamieni oprószonych jeszcze gdzieniegdzie śniegiem, wpatrywaliśmy się w czarne sylwetki drzew otulających lanckorońską górę, dość złowrogo prezentujące się w tej nocnej aurze. Wtem od strony północnego zbocza, pośród mrocznego lasu, dostrzegliśmy dwie postaci wspinające się na ruiny powoli i ostrożnie. Po chwili można już było zobaczyć kobietę i mężczyznę ubranych w ciemne kombinezony i czapki z daszkiem zasłaniające częściowo twarze. Kiedy znaleźli się na dziedzińcu, nerwowo rozglądnęli się wokoło.

– Musimy się śpieszyć, żeby zdążyć przed świtem – szepnęła nieznajoma z zagadkowym francuskim akcentem.

– Jesteś pewna, gdzie mamy szukać? – zapytał cicho mężczyzna. Wyjął z kieszeni kartkę z jakimiś szkicami i chwilę się jej przyglądał. Wyglądała trochę jak fragment mapy.

Tajemniczy nieznajomi zbliżyli się do południowo-wschodniej baszty, tej najlepiej zachowanej wieży ze skradzionego zdjęcia, i zniknęli nam z oczu za jej kamienną ścianą. Poczułem wielki niepokój… Popatrzyłem na lisa – sir Fox był wstrząśnięty i zrobił się taki blady, jakby nagle zamienił się w lisa polarnego.

Raptem ujrzeliśmy kolejną postać wchodzącą na ruiny od strony dawnej fosy. Od razu rozpoznałem w niej pana Zbyszka, lanckorońskiego przewodnika i historyka, który znany jest z tego, że o różnych porach dnia i nocy, urządza sobie spacery po okolicy – taki niespokojny duch odkrywcy. Szedł z pękiem kluczy i coś do siebie mówił pod nosem. Podszedł do baszty i zaczął mocować się z kłódką do żelaznej bramy.

IMG_7075

Kątem oka zobaczyłem jak nieznajomi błyskawicznie wycofują się cichaczem z ruin zamku, zapewne niezadowoleni, że ktoś pokrzyżował im plany. Zdążyłem jeszcze zauważyć w świetle księżyca, że oboje byli szczupli i mieli wysportowane sylwetki – mężczyzna średniego wzrostu, a kobieta drobnej budowy; spod czapki wystawał jej długi kasztanowy warkocz. Niemal bezszelestnie oddalili się z planu akcji poruszając się zwinnymi ruchami pająka na lekko ugiętych kolanach. Wyglądali na zawodowców…

Tymczasem Zbyszek wszedł do wieży. Mieliśmy teraz okazję odejść niezauważeni z ruin zamku. – To jednak ryzykowne – pomyślałem. – Co jeśli znowu natkniemy się w lesie na zagadkową parę? Nie powinni wiedzieć, że ktoś ich obserwował… – Kto wie, może lepiej zostać i zagadać z historykiem? I tak już dawno miałem ochotę wdać się z nim w pogawędkę o lanckorońskich tajemnicach… Niewykluczone, że będzie to nawet wskazane ze względu na nasze śledztwo? – zastanawiałem się w duchu, a w głowie krążyło mi tysiąc myśli na sekundę. Szepnąłem do ucha panu Foxowi o swoim pomyśle. Lis przytaknął i pomalutku wyszliśmy z kryjówki. Pan Zbyszek usłyszawszy kroki wyglądnął z baszty i… upuścił kłódkę… z wrażenia.

– Nie do wiary… – wyszeptał. – Wy, krasnoludki jednak istniejecie? – zamrugał oczami, po czym przecierał je kilka razy. Myślałem, że pęknę ze śmiechu, ale ze względu na powagę sytuacji postanowiłem zachowywać się bardzo prestiżowo, tak to mawia dzisiejsza młodzież.

– Dzień dobry, jestem Dolibuk a to mój gość z Anglii – Sir Fox – ukłoniliśmy się pięknie, równiutko ściągając kapelusze.

– Słyszałem o tobie Dolibuku. Jesteś już niemal nową lanckorońską legendą. Witaj w Lanckoronie szanowny panie Fox. Jestem Zbigniew, lanckoroński przewodnik – odkłonił się nieśmiało. – Co was tu sprowadza?

– Może ja wytłumaczę – wyrwał się Talbot widząc po mojej minie, że mam dylemat jak rozpocząć rozmowę. – Otóż drogi Sir Zbigniew. Jestem tu na zlecenie angielskiej policji. Ścigamy międzynarodową szajkę złodziei dzieł nauki i sztuki. Mamy powody przypuszczać, że znajdują się teraz w Polsce, a nawet jest bardzo prawdopodobne, że w okolicy Lanckorony. Ma to poniekąd… hmm…związek… z domniemanym skarbem ze starej fotografii… – Lis uważnie obserwował reakcję pana Zbyszka. A ten robił coraz bardziej okrągłe oczy. Uśmiechnąłem się do siebie – Pierwszy raz lis użył słowa „skarb”, tak jakby wcześniej bał się nazwać całą akcję po imieniu – pomyślałem z przejęciem. – Ulala! W końcu staliśmy się „poszukiwaczami skarbów”!

– Zaraz, zaraz, dwa dni temu oprowadzałem wycieczkę w muzeum. W grupie turystów była para, która przedstawiła się jako korespondenci francuskiej telewizji. Wypytywali mnie o zamek, tajne przejścia podziemne łączące twierdzę i rynek oraz oczywiście o skarby. Zaraz po tej wizycie zginęła mi teczka z kopiami starych dokumentów i map zamku. Piszę teraz rozdział do książki historycznej i pomyślałem sobie, że materiały mogłem zostawić z roztargnienia w wieży. A że dopadła mnie przedwiosenna bezsenna noc, przyszedłem dzisiaj na ruiny, żeby to sprawdzić.

– I znalazł pan swoją teczkę? – zapytałem.

– Niestety tutaj też jej nie ma, bardzo mnie to martwi. Bez materiałów szybko nie skończę pracy… – pan Zbyszek posmutniał. – Ale w czym mogę wam pomóc, czy do czegoś się przydam takim niezwykłym gościom? – zapytał przejęty.

Popatrzyliśmy na siebie z Taboltem porozumiewawczym wzrokiem, normalnie jakbyśmy czytali sobie w myślach. Pokrewieństwo dusz czy co? – pomyślałem i lekko się uśmiechnąłem. Fajnie rozwiązuje się zagadki z kompanem, którego się polubiło od pierwszego spotkania. Zresztą sami dobrze wiecie jak ważne jest dobre i szczere towarzystwo w życiu;-)… Byliśmy zgodni, że trzeba pana Zbyszka wtajemniczyć w naszą misję. Usiedliśmy w wieży na drewnianej ławeczce, mocno podniszczonej przez wilgoć i czas, wyjąłem z kieszeni termos z czekoladą, którą zawsze noszę przy sobie i popijając gorący napój – najpyszniejszy na świecie – przedstawiliśmy mu obraz całej sytuacji, napomknąwszy także o tajemniczych nocnych gościach na Lanckorońskiej Górze. Zbyszek zamyślił się na dłuższą chwilę. – Od dekad nie kręcili się tu żadni poszukiwacze skarbów. Jedynie grupa archeologów robiła w ubiegłym roku dokumentację i plany zamku z różnych epok historycznych – odparł.

– Panie Zbyszku, a co powiedział pan dokładnie tym dziennikarzom z muzeum o zamku i skarbach? – zapytałem.

    – Wspomniałem im tylko legendę o podziemiach zamku oraz napomknąłem, że wiele opowieści o tajnych zakamarkach twierdzy wiązało się właśnie tą basztą, w której teraz jesteśmy. Ale ruiny były już eksplorowane wielokrotnie – przez naukowców a wcześniej przez różnych prywatnych poszukiwaczy, zwłaszcza w epoce romantyzmu w XIX wieku – dodał z znawstwem. Krążyły fantastyczne opowieści o zamkowym skarbcu ukrytym w kuchennej studni… Ale współcześnie nie spotkałem się z informacją o odnalezionych skarbach, tak jakby wszystkie zagadki na zamku zostały już dawno rozwiązane. Ciekawe, że na waszej fotografii także pojawia się ta zamkowa baszta… – zamyślił się… – Słuchajcie moi drodzy, może spotkamy się po południu w muzeum i przeglądniemy razem archiwum? Tutaj chyba nic więcej na razie nie zdziałamy, a wypadałoby się troszkę zdrzemnąć… – przytaknęliśmy i wszyscy w trójkę zaczęliśmy jednocześnie ziewać.

IMG_7073

Świtało, las przestawał być już tak mroczny i rozśpiewał się melodiami szpaków i innych rannych ptaszków. Zaprowadziłem Foxa Talbota do drewnianej willi – zabytkowego pensjonatu, gdzie miał zarezerwowany nocleg służbowy. Nie wiem czy celowo czy przez przypadek, Fox wybrał willę o nazwie „Zamek”. – Ach! Tak właśnie powinniśmy także nazwać naszą zagadkową akcję! Akcja poszukiwania skarbu – kryptonim „Zamek”.

Dom otoczony był baśniowym ogrodem, z balkonami spoglądającymi na beskidzkie pola, doliny, sady i lasy. Niezwykle prezentował się o wschodzie słońca, otulony mgłą, ukryty pośród oszronionych drzew i krzewów. Zaprowadziłem Foxa do pokoju nr 11. Była to maleńka izba na drugim piętrze niemal pod skrzydłami dachu. Na ścianie wisiał rysunek ruin lanckorońskiego Zamku, zapewne pamiątka po jednym z plenerów malarskich, na które zjeżdżają do Lanckorony plastycy z całej Polski. Z pokoiku można było wyjść na najwyższy taras willi, usiąść przy kominie i delektować się najbardziej niezwykłym widokiem na ziemi. Faliste linie pól, łąk, lasów i beskidzkich szczytów namalowane zostały farbą z obłoków, gasnącego blasku księżyca i promieni wschodzącego słońca. Czuło się jakby było się tutaj bliżej nieba, niemal można było dotknąć księżyca i powolutku znikających – wraz z odejściem nocy – gwiazd. Wszystko było tu idealnie harmonijne, jakby natura i kultura zawarły przymierze do końca świata.

– To ten słynny widok z balkonu willi w Lanckoronie z piosenki Marka Grechuty – uśmiechnąłem się z rozmarzeniem w oczach. – Już czas na mnie lisku, odpocznij i do zobaczenia na popołudniowej herbatce w muzeum – pomachałem na pożegnanie.

– Yes Sir, 5 o’clock! – ukłonił się Talbot.

(c.d.n.)

***
CelinaKedziera_bio_wystawa_2019[:]

Przygody Dolibuka 2, R.1

Przygody Dolibuka 2, R.1

[:pl]54462590_390891341491600_1729462809021906944_n

PRZYGODA DRUGA / ZAGADKA STAREJ FOTOGRAFII

tekst: Dominika Zaręba /// obrazy: Celina Kędziera

Zbliżała się wiosna, chociaż prawie nic jej jeszcze nie zapowiadało. Mróz dalej malował srebrzyste wycinanki w oknach, a spadziste dachy drewnianych domków pokrywała delikatna warstwa śnieżnego puchu. Kamienne schodki do mojego mieszkania skuwała gruba warstwa lodu, aż nosa nie chciało się wychylać z domu. Siedziałem z książką przy kominku w ulubionym fotelu bujanym, przykryty kocykiem w kratkę. Powoli zapadał cichy wieczór a księga pt. „Czy smoki spokrewnione są z dinozaurami?” coraz bardziej mnie wciągała. Wtem ciszę i stan błogiego zaczytania przerwało dziarskie pukanie do drzwi.

61801632_350630435644374_7513531992810455040_n

– Proszę, otwarte – zawołałem nieco sennym głosem, bo nie chciało mi się wychodzić spod miękkiego kocyka. Powiem wam, tylko w tajemnicy, że dostałem go na urodziny od dalekiej kuzynki Helenki, która aktualnie mieszka w Szkocji na wyspie Sky i zbiera tam materiał o smokach i innych legendarnych stworach do pracy naukowej na Uniwersytecie w Edynburgu.

Drzwi otworzyły się energicznie. W progu stanął zziajany i mocno zziębnięty lis. Popatrzyłem zdziwiony znad okularów, bo nigdy wcześniej nie widziałem go w okolicy. Był dużo mniejszy od normalnych lisów, które mieszkają w naszym lesie i miał dziwnie rozpalone oczy. Dostrzegłem w nich ten rodzaj błysku, który lubię najbardziej. Zwiastuje on bowiem nową przygodę. Na dodatek pan lis nosił muszkę i czarny cylinder, co sprawiało, że prezentował się bardzo dostojnie.

55842769_566398633859215_1718419043649585152_n

– Dzień dobry Sir Dolibuk – powiedział lis z wyraźnym brytyjskim akcentem. Czy mogę zająć panu chwilkę? Nazywam się Talbot, Lis Fox Talbot. Uszanowanie. – I skłonił się pięknie.

Byłem oczarowany. Kocyk spadł mi z kolan z wrażenia, a mój niebieski kapelusik jakby sam się uprzejmie ukłonił. Skąd taka elegancka postać wzięła się w moim skromnym krasnoludkowym domu?

– Jestem zaszczycony, Panie Talbot – odrzekłem. Co pana sprowadza z tak daleka? Po akcencie domyślam się, że przybywa pan do nas aż z Wysp Brytyjskich, a to jakieś 1800 km od mojego domu. – szybko przeliczyłem odległość na mapie (bo na mapach to ja się dobrze znam).

– Dokładnie 1859 km, Sir Dolibuk. Przybywam z angielskiego miasteczka Lacock, miejsca gdzie narodziła się fotografia. – rozpoczął swoją opowieść. – Pracuję w muzeum Williama Henryka Foxa Talbota, na którego cześć noszę imię. Jak pan zapewne czytał w swoich księgach, był on wybitnym naukowcem – matematykiem, chemikiem, botanikiem i astronomem w jednym, który w drodze różnych eksperymentów wymyślił negatyw. Umożliwiło to utrwalanie i powielanie zdjęć…

Kiedy pan lis się przedstawiał, ja przecierałem oczy ze zdumienia i wzruszenia..

– Talbot – ojciec fotografii! – zawołałem pełen niedowierzania…

– W zbiorach naszego muzeum, które znajduje się w średniowiecznym opactwie, mamy najstarsze zdjęcia i urządzenia, niezwykle cenne dla świata nauki i sztuki – kontynuował lis. Otóż w ubiegłym roku zginęło nam z muzeum kilka bardzo wartościowych eksponatów… Śledztwo w tej sprawie prowadzi policja z hrabstwa Wiltshire. Po kilku miesiącach dochodzenia ślad zawiódł nas do … ruin lanckorońskiego zamku…

61939292_416853025567943_1626460980638646272_n

– To niesamowite! – krzyknąłem rozentuzjazmowany! Jak to możliwe i dlaczego przyszedł pan do mnie? Czy ja mam panu jakoś pomóc w wyjaśnieniu tej tajemniczej sprawy? Ależ będę zaszczycony! – zawołałem, nie potrafiąc ukryć obezwładniającej mnie żądzy nowej przygody.

– Sprawa jest bardzo poufna – Talbot ściszył głos… Pana kuzynka pracująca w Szkocji na Uniwersytecie w Edynburgu poleciła mi kontakt z panem. Nie zawierzam prawie nikomu. Szczęście, że jest pan krasnoludkiem i ma pan dobrą reputację za granicą jako polski badacz i odkrywca zagadek. Hmm… już prawie piąta – uśmiechnął się. Może napijemy się herbaty i przestawię panu szczegóły sprawy i mojej misji? A potem mi pan odpowie czy zechce nam pomóc?

– Ależ przepraszam, że wcześniej nie zaproponowałem gościny – lekko się zaczerwieniłem, bo lis cały czas stał na środku pokoju. Zaraz zaparzę panu herbatę z mlekiem po angielsku i pozwoli pan, że sam napiję się gorącej czekolady z odrobiną chili, ma się rozumieć – uśmiechnąłem się na samą myśl o takiej mini uczcie. Ze śniadania zostały mi jeszcze dwa racuchy z jabłkami posypane suto cynamonem i cukrem pudrem, które podałem do stołu.

Kiedy krzątałem się w kuchni, pan Fox chodził po pokoju nieco zdenerwowany i coś do siebie mówił pod nosem. Dopiero kiedy wniosłem do salonu czajniczek z gorącą herbatą, troszkę się uspokoił, usiadł i rozpoczął swoją opowieść.

– Pewnie zastanawia się pan, sir Dolibuk, skąd w tej fotograficznej aferze wzięła się pana Lanckorona?

– Z ust mi pan wyjął to pytanie – uśmiechnąłem się zawadiacko.

– W zbiorach muzeum znajdowała się fotografia miejsca, którego od wielu lat nie mogliśmy rozpoznać. Dopiero podczas ubiegłorocznej wizyty grupy polskich fotografików w naszym miasteczku udało się zidentyfikować obiekt.

– Tak, tak, tutaj w Lanckoronie takie grupy przyjeżdżają na plenery fotograficzne i raz o mało nie wpadłem im w obiektyw – dodałem z przekąsem, bo jak wiecie raczej stronię od ludzi, z małymi wyjątkami oczywiście.

– Fotografia pochodziła z roku około 1934 – kontynuował lis. – Były na niej widoczne ruiny zamku oraz – kobieta oparta o zamkową wieżę – w strojnym kapeluszu i długim płaszczu, trzymająca w ręku szpadel i aparat fotograficzny. Sądzimy, że zdjęcie znalazło się w zbiorach za sprawą Madame Matyldy Talbot, wnuczki naszego słynnego naukowca.

– Coś niecoś czytałem o tej barwnej postaci! – zawołałem.

– Bardzo się cieszę, gdyż była to kobieta niezwykła, gospodyni odziedziczonego po przodkach opactwa w Lacock. To dzięki niej powstało tam Muzeum Fotografii i zachowały się wszystkie pamiątki po naszym bohaterze… Madame Matylda była także podróżniczką, mówiła w ponad dziesięciu językach obcych. Na zdjęciach zawsze występowała w szykownym kapeluszu, z tajemniczym uśmiechem, ot prawdziwa kobieta z klasą, … – lis zamyślił się. Proszę wybaczyć, ale mam wyjątkowy sentyment do postaci pani Talbot. W końcu muzeum stało się całym moim życiem i pasją. I ja także poświęciłem się nauce języków za jej przykładem…

– O tak, wspaniale posługuje się pan naszym językiem! Jestem oczarowany – dodałem kurtuazyjnie, gdyż udzieliła mi się galanteria mojego gościa. – I myśli pan, że Madame Matylda odwiedziła Lanckoronę i to ona została uchwycona na fotografii w ruinach zamku? – zapytałem nie mogąc doczekać się dalszej części historii.

– Hmm, tego nie wiemy na pewno, nie da się tego potwierdzić ani na sto procent zidentyfikować postaci na starej i bardzo zniszczonej fotografii. Madame Matylda dużo podróżowała w tej części Europy; jednak nie zachowały się żadne piśmienne wzmianki o jej wizycie w Polsce. Równie dobrze ktoś inny mógł przywieźć zdjęcie do opactwa i tak znalazło się ono w zbiorach muzeum. Proszę popatrzeć, tutaj mam kopię fotografii. Jedno jest pewne a jednocześnie najbardziej niezwykłe w tym wszystkim. Na jej odwrocie odnaleziono tajemniczą notatkę, a właściwie – tak nam się teraz wydaje – zaszyfrowaną informację:

L.MDCCCXXXIV/F. T./M.T.F.T.=XXFN/M.T./L.MCMXXXIV

– Zaraz, zaraz muszę to sobie zapisać w notatniku – zawołałem. – I mówi pan panie Fox, że to zdjęcie zniknęło z muzeum wraz z innymi eksponatami?

IMG_7080

– Dokładnie tak. I dlatego bardzo nas to zdziwiło, gdyż nie było to najcenniejsze zdjęcie z kolekcji, taka bardziej pamiątka historyczna czy też ciekawostka rodzinna. W muzeum jest wiele innych unikatowych zdjęć, tych najstarszych, na szczęście nie wszystkie z nich złodzieje zdołali wynieść…

– A czy policja wpadła już na jakiś trop prowadzący do rabusiów? – zapytałem coraz bardziej przejęty opowieścią lisa.

– Na razie ustaliliśmy, że złodzieje działali na zlecenie i na pewno eksponaty nie zostały wywiezione z Europy. Nie znany jest sam motyw kradzieży… Okazy muzealne mają wartość historyczną, ale nigdy nie były wyceniane, tak jak dzieła sztuki najbardziej znanych artystów. Wprawdzie naukowcy z Francji od lat przypisują sobie wynalezienie fotografii, ale to przecież nasz Talbot jest ojcem tej sztuki przez wielkie F. To od niego wszystko się zaczęło! – wykrzyknął lis ze smutkiem w głosie, wyraźnie już strudzony długim śledztwem, które nie przybliżało do rozwiązania zagadki …

– Ależ panie Fox, ja panu pomogę, proszę się nie martwić! Wierzę, że Madame Talbot odwiedziła nas kiedyś! Ja to udowodnię! – zawołałem. – Widzę, że jest pan bardzo zmęczony, proszę odpocząć w sypialni, a ja w tym czasie postudiuję księgi z rodzinnej biblioteki i postaram się odnaleźć jakiś ślad prowadzący do naszej zagadki.

IMG_7081

Sir Lis Talbot faktycznie był tak strudzony podróżą, że nie odmówił i zgodził się zająć mój pokój na dłuższą drzemkę. Ustaliliśmy, że po północy pójdziemy na Górę Zamkową, by rozglądnąć się po ruinach i zastanowić nad strategią dalszych poszukiwań. Ja w tym czasie miałem zaszyć się w bibliotece i poszperać w księgozbiorach.

Zabrałem się za grubą księgę historii fotografii. Odświeżyłem sobie przy okazji wiedzę o trzech postaciach świata nauki, którym zawdzięczamy powstanie pierwszych technik fotograficznych, czyli sposobu na uchwycenie i utrwalenie obrazu za pomocą światła. Badaczom służyła do tego na początku camera obscura, taki jakby pierwszy aparat fotograficzny. Najmłodszym czytelnikom wyjaśnię tylko, że było to pudełko, w środku pomalowane na czarno. Z jednej strony miało otwór a z drugiej matową szybkę albo kalkę. Promienie światła, które wpadały przez dziurkę tworzyły na kalce odwrócony obraz. Pierwsze takie „zdjęcie” wykonał francuski wynalazca o nazwisku Niépce w 1826 roku. Zawiązał później spółkę badawczą z francuskim artystą Daguerrem i wymyślili coś co nazwano dagerotypią, czyli techniką, która pozwalała utrwalać obraz na miedzianej płytce. Jednak tego obrazu nie dało się powielać, był unikalny. I chociaż to Daguerra ogłoszono w 1839 roku ojcem fotografii, to w tym samym niemal czasie podobny wynalazek opracował niezależnie w Anglii Fox Talbot. Ale nasz geniusz z Lacock poszedł krok dalej – zależało mu, aby obraz uchwycony w camera obscura można było później odtwarzać w formie odbitek. Eksperymenty prowadził już od 1934 roku, ale niestety swój wynalazek ogłosił za późno, tuż po Daugerrze. Wymyślona przez niego technika, nazwana kalotypią albo talbotypią sprawiła, że z otrzymanego negatywu – odwróconego obrazu odbitego na papierze – można było wykonywać wiele kopii.

IMG_7079

– Miał jednak pan Talbot trochę pecha – pomyślałem sobie. Gdyby wiedział, że ktoś inny pracuje nad podobnym wynalazkiem, na pewno wcześniej ujawniłby światu swoje odkrycie… Przecież to od genialnego odkrycia Talbota mówi się o początku fotografii artystycznej…

– Zaraz, zaraz, spojrzałem na kartkę z hasłem zaszyfrowanej informacji z tajemniczego zdjęcia, o którym opowiadał pan lis. Na początku mamy MDCCCXXXIV – po odczytaniu cyfr rzymskich – otrzymujemy datę 1834, która pokrywa się z rokiem, w którym Talbot rozpoczął pracę nad swoim wynalazkiem… – zamyśliłem się. Czyżby miało to jakiś związek? Na końcu hasła widnieje z kolei liczba MCMXXXIV, czyli 1934. – Bingo! – to by się zgadzało z rokiem, w którym wykonano zdjęcie. Czyli mamy 1834-1934 – i jeśli się nie mylę – wynika z tego jakby ktoś chciał zasugerować, że jest to okrągła rocznica jakiegoś wydarzenia. W tym przypadku byłoby to dokładnie 100 lat… sto lat od odkrycia tajemnicy talbotowej fotografii… – podskoczyłem z wrażenia a wraz ze mną mój niebieski kapelusik. Nie mogłem się doczekać, aż pan Fox się obudzi i podzielę się z nim moją pierwszą obserwacją. W międzyczasie pogrupowałem sobie poszczególne elementy szyfru ze zdjęcia i niektórym z nich przypisałem pewną możliwą drogę interpretacji. Wciąż jednak wiele było w tym niejasności i znaków zapytania…

Sir Talbot już kilka minut przed północą stanął w drzwiach w cylindrze i długim płaszczu, z notesem w ręku, gotowy do wyjścia. Zabraliśmy latarenkę i skierowaliśmy się w stronę ruin zamku, wspinając się serpentynami ulicy św. Jana, pięknie oświetlonymi przez księżyc w pełni i miliony gwiazd. Miałem wrażenie jakby uśmiechały się do nas tajemniczo i świeciły intensywniej niż zwykle. Tej nocy mróz zelżał, było kilka stopni powyżej zera i gdzieniegdzie wyczuwałem podmuchy cieplejszego wiatru wiejącego z południa, od Beskidów – wciąż jeszcze otulonych śniegiem, ale już tętniących nową mocą. Była to naprawdę niezwykła przedwiosenna noc. Zdawało się jakby przyroda wokoło nas była w półśnie – chociaż wciąż jeszcze drzemała pod śniegową pierzynką, to już pomalutku wyczuwało się jej kosmiczną energię, delikatny i świeży oddech budzącego się na nowo do życia pąka leszczyny. Powietrze pachniało inaczej, bardziej intensywnie i dosłownie. Szedłem tak oczarowany i zamyślony, że prawie zapomniałem o moim drogim towarzyszu, który także pogrążony w myślach próbował dorównać mi kroku (bo ja potrafię naprawdę szybko chodzić, mimo że taki nieduży ze mnie krasnoludek). W takiej tajemniczej ciszy dotarliśmy na szczyt Góry Lanckorońskiej.

62508426_429032334344167_3516077558145744896_n

(c.d.n.)

zob. Rozdz.2

**********

CelinaKedziera_bio_wystawa_2019[:]