Ekopodróżowanie – BLOG

Przygody Dolibuka 2, R.2

62458750_430905960823471_7026231699260309504_n

PRZYGODA DRUGA / ZAGADKA STAREJ FOTOGRAFII

tekst: Dominika Zaręba /// obrazy: Celina Kędziera

ROZDZIAŁ 2 (zob. Rozdz. 1.)

Ruiny zamku lśniły w księżycowej poświacie, w oddali słychać było pohukiwania sów. Staliśmy u stóp zamku widząc kadr ze zdjęcia skradzionego z muzeum. Na fotografii, której kopię pokazał mi wcześniej Sir Fox, było tylko znacznie mniej drzew wokoło ruin i została wykonana – na moje oko – późną wiosną lub na samym początku lata.

62458750_430905960823471_7026231699260309504_n

– Hmm… I co teraz? – zamyślił się lis, gdyż w sumie nie ustaliliśmy wcześniej planu akcji, tylko spontanicznie ruszyliśmy na wzgórze.

– Chodźmy na dziedziniec zamkowy. Tam opowiem panu o mojej pewnej hipotezie wysnutej na podstawie studiowania książek w bibliotece. – odrzekłem.

Wspięliśmy się na ruiny Zamku stromą skarpą, śliską od topniejącego śniegu. Trzeba mieć dużo wyobraźni, by wewnętrzny placyk pośród zrujnowanych fragmentów murów i porozrzucanych kopców kamieni, wydał się dawnym reprezentacyjnym dziedzińcem zamkowym. Wiatr tańczył wokół nas, światło księżyca wyostrzało groźne cienie murów. Czuło się obecność duchów przeszłości, tych zachowanych w legendach lanckorońskich, o których tak wiele przeczytałem w długie zimowe wieczory.

– Usiądźmy tu na kamieniach – wyszeptałem i położyłem wełniany szalik, żebyśmy mieli cieplej i wygodniej. – Powiem panu co na razie wywnioskowałem z naszego szyfru. – Otóż wydaje mi się, że liczby z początku i końca notatki nawiązują do stuletniej rocznicy odkrycia negatywu przez naszego naukowca. Tak jakby ktoś specjalnie chciał podkreślić wagę wydarzenia.

– To bardzo ciekawe, miałem podobne wrażenie, ale wolałem, żeby pan sam mi to potwierdził. – lis po raz pierwszy uśmiechnął się i do twarzy mu było z tym lisim uśmiechem. Teraz spróbujmy się zastanowić co oznaczać może litera L na początku i końcu szyfru, detektywie Dolibuku? – zamyślił się.

– To oczywista logika absolutna. – odparłem z wielce inteligentną miną. Pierwsze L to oczywiście Lacock, czyli: „W roku pańskim 1834 w angielskim miasteczku Lacock Sir William Fox Talbot rozpoczyna eksperymenty nad utrwaleniem obrazu optycznego” – wyrecytowałem jednym tchem jakbym czytał dalej księgę historii fotografii.

– Otóż to! Mój drogi geniuszu Dolibuku! – odpowiedział lis. Wiedziałem, że z tobą będzie się zawodowo pracowało!

– A zatem ostatnie L – rzekłem – oznacza Lanckoronę. Zdjęcie zostało wykonane w Lanckoronie w 1934 roku, w stuletnią rocznicę ważnego wydarzenia naukowego … Taką można wysnuć hipotezę i postarałam się wkrótce udowodnić jej prawdziwość! – powiedziałem cichym i przejętym głosem.

– A zastanawiałeś się krasnoludku co mogą oznaczać litery w środku szyfru? – zapytał lis.

– Mam tu kilka, na razie luźnych skojarzeń – odparłem. F.T. – to mogą być np. inicjały Foxa Talbota, tak samo jak M.T. – Matyldy Talbot, chociaż M.T. i F.T. pojawiają się dwukrotnie i mogą mieć także jakieś podwójne znaczenie. Załóżmy, że są to częściowo inicjały. Wówczas jest wielce prawdopodobne, że na fotografii została uchwycona sama wspaniała dama z Lacock i że pani Matylda podczas swoich licznych podróży odwiedziła Lanckoronę i postanowiła tutaj coś po sobie zostawić…

Wtem w oddali usłyszeliśmy szelest gałęzi. Spojrzeliśmy najpierw z niepokojem na siebie a potem w stronę lasu, skąd pochodził obcy odgłos. Szybciutko złapałem pana Talbota za płaszcz i pociągnąłem go za najwyższy kamienny kopiec. Przykucnęliśmy tu w zupełnej ciszy, bojąc się, że zdradzić nas może nawet najmniejszy oddech. Zacząłem się zastanawiać czy ktoś nas mógł wcześniej śledzić, ale raczej wykluczyłem taką możliwość, gdyż mam niezwykle wyczulony zmysł słuchu na każdy, nawet najcichszy odgłos. Moim długim uszom zawdzięczam nie tylko muzykalność, ale także niezwykłą wrażliwość na dźwięki, niczym u nietoperzy. Podczas wspinaczki na Górę Lanckorońską słyszałem jedynie niewinne odgłosy przyrody…

IMG_7076

Ukryci w cieniu kopca z kamieni oprószonych jeszcze gdzieniegdzie śniegiem, wpatrywaliśmy się w czarne sylwetki drzew otulających lanckorońską górę, dość złowrogo prezentujące się w tej nocnej aurze. Wtem od strony północnego zbocza, pośród mrocznego lasu, dostrzegliśmy dwie postaci wspinające się na ruiny powoli i ostrożnie. Po chwili można już było zobaczyć kobietę i mężczyznę ubranych w ciemne kombinezony i czapki z daszkiem zasłaniające częściowo twarze. Kiedy znaleźli się na dziedzińcu, nerwowo rozglądnęli się wokoło.

– Musimy się śpieszyć, żeby zdążyć przed świtem – szepnęła nieznajoma z zagadkowym francuskim akcentem.

– Jesteś pewna, gdzie mamy szukać? – zapytał cicho mężczyzna. Wyjął z kieszeni kartkę z jakimiś szkicami i chwilę się jej przyglądał. Wyglądała trochę jak fragment mapy.

Tajemniczy nieznajomi zbliżyli się do południowo-wschodniej baszty, tej najlepiej zachowanej wieży ze skradzionego zdjęcia, i zniknęli nam z oczu za jej kamienną ścianą. Poczułem wielki niepokój… Popatrzyłem na lisa – sir Fox był wstrząśnięty i zrobił się taki blady, jakby nagle zamienił się w lisa polarnego.

Raptem ujrzeliśmy kolejną postać wchodzącą na ruiny od strony dawnej fosy. Od razu rozpoznałem w niej pana Zbyszka, lanckorońskiego przewodnika i historyka, który znany jest z tego, że o różnych porach dnia i nocy, urządza sobie spacery po okolicy – taki niespokojny duch odkrywcy. Szedł z pękiem kluczy i coś do siebie mówił pod nosem. Podszedł do baszty i zaczął mocować się z kłódką do żelaznej bramy.

IMG_7075

Kątem oka zobaczyłem jak nieznajomi błyskawicznie wycofują się cichaczem z ruin zamku, zapewne niezadowoleni, że ktoś pokrzyżował im plany. Zdążyłem jeszcze zauważyć w świetle księżyca, że oboje byli szczupli i mieli wysportowane sylwetki – mężczyzna średniego wzrostu, a kobieta drobnej budowy; spod czapki wystawał jej długi kasztanowy warkocz. Niemal bezszelestnie oddalili się z planu akcji poruszając się zwinnymi ruchami pająka na lekko ugiętych kolanach. Wyglądali na zawodowców…

Tymczasem Zbyszek wszedł do wieży. Mieliśmy teraz okazję odejść niezauważeni z ruin zamku. – To jednak ryzykowne – pomyślałem. – Co jeśli znowu natkniemy się w lesie na zagadkową parę? Nie powinni wiedzieć, że ktoś ich obserwował… – Kto wie, może lepiej zostać i zagadać z historykiem? I tak już dawno miałem ochotę wdać się z nim w pogawędkę o lanckorońskich tajemnicach… Niewykluczone, że będzie to nawet wskazane ze względu na nasze śledztwo? – zastanawiałem się w duchu, a w głowie krążyło mi tysiąc myśli na sekundę. Szepnąłem do ucha panu Foxowi o swoim pomyśle. Lis przytaknął i pomalutku wyszliśmy z kryjówki. Pan Zbyszek usłyszawszy kroki wyglądnął z baszty i… upuścił kłódkę… z wrażenia.

– Nie do wiary… – wyszeptał. – Wy, krasnoludki jednak istniejecie? – zamrugał oczami, po czym przecierał je kilka razy. Myślałem, że pęknę ze śmiechu, ale ze względu na powagę sytuacji postanowiłem zachowywać się bardzo prestiżowo, tak to mawia dzisiejsza młodzież.

– Dzień dobry, jestem Dolibuk a to mój gość z Anglii – Sir Fox – ukłoniliśmy się pięknie, równiutko ściągając kapelusze.

– Słyszałem o tobie Dolibuku. Jesteś już niemal nową lanckorońską legendą. Witaj w Lanckoronie szanowny panie Fox. Jestem Zbigniew, lanckoroński przewodnik – odkłonił się nieśmiało. – Co was tu sprowadza?

– Może ja wytłumaczę – wyrwał się Talbot widząc po mojej minie, że mam dylemat jak rozpocząć rozmowę. – Otóż drogi Sir Zbigniew. Jestem tu na zlecenie angielskiej policji. Ścigamy międzynarodową szajkę złodziei dzieł nauki i sztuki. Mamy powody przypuszczać, że znajdują się teraz w Polsce, a nawet jest bardzo prawdopodobne, że w okolicy Lanckorony. Ma to poniekąd… hmm…związek… z domniemanym skarbem ze starej fotografii… – Lis uważnie obserwował reakcję pana Zbyszka. A ten robił coraz bardziej okrągłe oczy. Uśmiechnąłem się do siebie – Pierwszy raz lis użył słowa „skarb”, tak jakby wcześniej bał się nazwać całą akcję po imieniu – pomyślałem z przejęciem. – Ulala! W końcu staliśmy się „poszukiwaczami skarbów”!

– Zaraz, zaraz, dwa dni temu oprowadzałem wycieczkę w muzeum. W grupie turystów była para, która przedstawiła się jako korespondenci francuskiej telewizji. Wypytywali mnie o zamek, tajne przejścia podziemne łączące twierdzę i rynek oraz oczywiście o skarby. Zaraz po tej wizycie zginęła mi teczka z kopiami starych dokumentów i map zamku. Piszę teraz rozdział do książki historycznej i pomyślałem sobie, że materiały mogłem zostawić z roztargnienia w wieży. A że dopadła mnie przedwiosenna bezsenna noc, przyszedłem dzisiaj na ruiny, żeby to sprawdzić.

– I znalazł pan swoją teczkę? – zapytałem.

– Niestety tutaj też jej nie ma, bardzo mnie to martwi. Bez materiałów szybko nie skończę pracy… – pan Zbyszek posmutniał. – Ale w czym mogę wam pomóc, czy do czegoś się przydam takim niezwykłym gościom? – zapytał przejęty.

Popatrzyliśmy na siebie z Taboltem porozumiewawczym wzrokiem, normalnie jakbyśmy czytali sobie w myślach. Pokrewieństwo dusz czy co? – pomyślałem i lekko się uśmiechnąłem. Fajnie rozwiązuje się zagadki z kompanem, którego się polubiło od pierwszego spotkania. Zresztą sami dobrze wiecie jak ważne jest dobre i szczere towarzystwo w życiu;-)… Byliśmy zgodni, że trzeba pana Zbyszka wtajemniczyć w naszą misję. Usiedliśmy w wieży na drewnianej ławeczce, mocno podniszczonej przez wilgoć i czas, wyjąłem z kieszeni termos z czekoladą, którą zawsze noszę przy sobie i popijając gorący napój – najpyszniejszy na świecie – przedstawiliśmy mu obraz całej sytuacji, napomknąwszy także o tajemniczych nocnych gościach na Lanckorońskiej Górze. Zbyszek zamyślił się na dłuższą chwilę. – Od dekad nie kręcili się tu żadni poszukiwacze skarbów. Jedynie grupa archeologów robiła w ubiegłym roku dokumentację i plany zamku z różnych epok historycznych – odparł.

– Panie Zbyszku, a co powiedział pan dokładnie tym dziennikarzom z muzeum o zamku i skarbach? – zapytałem.

    – Wspomniałem im tylko legendę o podziemiach zamku oraz napomknąłem, że wiele opowieści o tajnych zakamarkach twierdzy wiązało się właśnie tą basztą, w której teraz jesteśmy. Ale ruiny były już eksplorowane wielokrotnie – przez naukowców a wcześniej przez różnych prywatnych poszukiwaczy, zwłaszcza w epoce romantyzmu w XIX wieku – dodał z znawstwem. Krążyły fantastyczne opowieści o zamkowym skarbcu ukrytym w kuchennej studni… Ale współcześnie nie spotkałem się z informacją o odnalezionych skarbach, tak jakby wszystkie zagadki na zamku zostały już dawno rozwiązane. Ciekawe, że na waszej fotografii także pojawia się ta zamkowa baszta… – zamyślił się… – Słuchajcie moi drodzy, może spotkamy się po południu w muzeum i przeglądniemy razem archiwum? Tutaj chyba nic więcej na razie nie zdziałamy, a wypadałoby się troszkę zdrzemnąć… – przytaknęliśmy i wszyscy w trójkę zaczęliśmy jednocześnie ziewać.

IMG_7073

Świtało, las przestawał być już tak mroczny i rozśpiewał się melodiami szpaków i innych rannych ptaszków. Zaprowadziłem Foxa Talbota do drewnianej willi – zabytkowego pensjonatu, gdzie miał zarezerwowany nocleg służbowy. Nie wiem czy celowo czy przez przypadek, Fox wybrał willę o nazwie „Zamek”. – Ach! Tak właśnie powinniśmy także nazwać naszą zagadkową akcję! Akcja poszukiwania skarbu – kryptonim „Zamek”.

Dom otoczony był baśniowym ogrodem, z balkonami spoglądającymi na beskidzkie pola, doliny, sady i lasy. Niezwykle prezentował się o wschodzie słońca, otulony mgłą, ukryty pośród oszronionych drzew i krzewów. Zaprowadziłem Foxa do pokoju nr 11. Była to maleńka izba na drugim piętrze niemal pod skrzydłami dachu. Na ścianie wisiał rysunek ruin lanckorońskiego Zamku, zapewne pamiątka po jednym z plenerów malarskich, na które zjeżdżają do Lanckorony plastycy z całej Polski. Z pokoiku można było wyjść na najwyższy taras willi, usiąść przy kominie i delektować się najbardziej niezwykłym widokiem na ziemi. Faliste linie pól, łąk, lasów i beskidzkich szczytów namalowane zostały farbą z obłoków, gasnącego blasku księżyca i promieni wschodzącego słońca. Czuło się jakby było się tutaj bliżej nieba, niemal można było dotknąć księżyca i powolutku znikających – wraz z odejściem nocy – gwiazd. Wszystko było tu idealnie harmonijne, jakby natura i kultura zawarły przymierze do końca świata.

– To ten słynny widok z balkonu willi w Lanckoronie z piosenki Marka Grechuty – uśmiechnąłem się z rozmarzeniem w oczach. – Już czas na mnie lisku, odpocznij i do zobaczenia na popołudniowej herbatce w muzeum – pomachałem na pożegnanie.

– Yes Sir, 5 o’clock! – ukłonił się Talbot.

(c.d.n.)

***
CelinaKedziera_bio_wystawa_2019

Sharing is caring!

Dominika Zaręba