Wywiad o EKOTURYSTYCE W RUMUNII – Andrei Blumer

Wywiad o EKOTURYSTYCE W RUMUNII – Andrei Blumer

Wywiad przeprowadziła: Dominika Zaręba

Rozmawiamy z Andrei Blumerem, prezesem Stowarzyszenia Ekoturystyka w Rumunii (AER) oraz jednym z liderów ruchu rozwoju ekoturystyki w Rumunii i Europie. Opowiedz nam o początkach swojej organizacji.

Stowarzyszenie Ekoturystyki w Rumunii – Asociația de Ecoturism din Romania (AER – jego skrót oznacza „powietrze” w języku rumuńskim), zostało oficjalnie zarejestrowane w 2003 r. w Zărnești (okręg brasowski, Transylwania), karpackim miasteczku leżącym u bram Parku Narodowego Piatra Crailui. Na początku naszym celem było połączenie kwestii ochrony przyrody i rozwoju gospodarczego. Uważam, że udało nam się uruchomić ruch ekoturystyczny w Rumunii i poprzez turystykę wprowadziliśmy zagadnienia ochrony przyrody do agendy publicznej.

Park Narodowy Piatra Craiului był obszarem realizacji pierwszego projektu ochrony przyrody związanego z ekoturystyką w Rumunii – zwanego Projektem na rzecz dużych drapieżników karpackich (Carpathian Large Carnivore Project – CLCP). To było jeszcze przed powstaniem AER. Byłeś zaangażowany w ten projekt. Powiedziałabym, że ta nowatorska inicjatywa była bardzo ważnym punktem wyjścia do rozwoju ekoturystyki w twoim kraju.

Projekt Carpathian Large Carnivore (CLCP), realizowany w latach 1993–2003, składał się z czterech głównych elementów; najważniejszym z nich były badania dużych drapieżników (wilka, niedźwiedzia brunatnego i rysia), które obejmowały znacznie większy obszar niż sam Park Narodowy Piatra Craiului. Również ekoturystyka była jednym z elementów; koncentrowała się w północnej części pasma Piatra Craiului z Zărnești jako głównym miejscem – beneficjentem. W momencie rozpoczęcia projektu stopa bezrobocia w mieście Zărnești sięgała 50%. Gospodarka miasta opierała się na trzech upadających zakładach przemysłowych wywodzących się jeszcze z czasów komunistycznych – fabryki amunicji, zakładu papierniczego i tartaku.

I zacząłeś ściągać ekoturystów w odległe Karpaty, którzy marzyli o obserwacji dzikiej przyrody…

W ramach projektu – w którym główną rolę odegrał Christoph Promberger (niemiecki biolog, główny założyciel projektu CLCP) – tylko w ciągu 4-5 lat udało się przyjąć około 100 grup odwiedzających z Europy Zachodniej. Turystów przyciągały duże drapieżniki karpackie. Również dzięki projektowi CLCP w latach 2001-2002 zapobiegliśmy realizacji szkodliwego dla środowiska projektu budowy kamieniołomu. 

Naszym sukcesem była zmiana świadomości przedstawicieli rady gminy, rady powiatu oraz Ministerstwa Turystyki w zakresie ochrony przyrody. Było to wtedy, gdy Rumunia stała u progu przystąpienia do Unii Europejskiej. Dzięki turystyce mogliśmy oprzeć rozwój lokalny na usługach opartych o ochronę przyrody. Społeczność lokalna zgodziła się, że nie chce już w regionie rozwoju przemysłu i związanych z nim zanieczyszczeń. Przeciwnie, chce korzystać z natury leżącej u bram parku narodowego i jednego z najpiękniejszych pasm górskich w Rumunii. Nawet departament łowiectwa w regionie zaczął przekształcać ambony myśliwskie w miejsca obserwacji dzikiej przyrody, widząc, że dochody z obserwacji zwierząt są takie same jak z polowań. Inspiracja przyszła z naszego pilotażowego projektu obserwacji niedźwiedzi.

Jakie są główne projekty i tematy, nad którymi obecnie pracujesz w AER?

W tej chwili mamy dwa główne kierunki. Pierwszy jest związany z działaniami na rzecz członków Stowarzyszenia i reprezentowania interesów małych touroperatorów i firm noclegowych. Wprowadzamy przedsiębiorców na rynek poprzez udział w targach, promocję na stronie internetowej i w mediach społecznościowych, przygotowujemy różne publikacje i filmy (zapraszam na nasz kanał Discover Eco-Romania na YT). Drugim głównym kierunkiem działań jest pełnienie roli agencji rozwoju regionalnego. Współpracujemy z różnymi regionami i – w oparciu o koncepcję destynacji ekoturystycznych – wspieramy rozwój ekoturystyki i lokalnych marek. W tej chwili pracujemy bezpośrednio w siedmiu różnej wielkości eko-destynacjach. 

Rolą AER jest m.in. pomoc ekspercka, wspieranie lokalnych menedżerów ekodestynacji w tworzeniu planów działania i zarządzaniu, współpraca z przedsiębiorcami w regionie, szkolenia, sieciowanie, tworzenie oferty turystycznej, marketing a także tworzenie miękkiej infrastruktury służącej np. interpretacji przyrody.

Program eko-destynacji jest realizowany przy wsparciu m.in. Rumuńskiej Fundacji Partnerstwo dla Środowiska (Fundația pentru Parteneriat) oraz Rumuńsko-Amerykańskiej Fundacji.

Czy Ministerstwo Turystyki i rząd Rumunii wspierają ekoturystykę i twoje działania?

Udało nam się stworzyć Nagrodę dla destynacji ekoturystycznych, która jest oficjalnie uznawana przez Ministerstwo Turystyki. Opiera się na kryteriach GSTC (Global Sustainable Tourism Criteria). Jesteśmy także częścią zespołu, który pracuje nad strategią ekoturystyki. Wizja, główne cele i zestaw kryteriów zostały już zatwierdzone przez Ministerstwo Turystyki. W tej chwili należymy do ważnych gremiów eksperckich zasiadających przy jednym stole z głównymi graczami w branży turystycznej kraju.

Jakie jest Twoje marzenie o ekoturystyce w Rumunii?

Praca z ekodestynacjami pokazuje, że ekoturystyka może przyczynić się do wzrostu gospodarczego, a obszary chronione przestają być postrzegane jako przeszkody, a stają się częścią rozwoju lokalnego.

Moim marzeniem jest by regiony ekoturystyczne zaistniały na rynku międzynarodowym i stały się samowystarczalne. Wierzę, że przedsiębiorczość małej skali, oferta oparta o lokalne zasoby i krótkie łańcuchy dostaw zwiększa wartość przychodów w regionie. Jest to widoczne szczególnie w obliczu kryzysu, taki dotknął świat w 2020 r. W zdrowych, zrównoważonych społecznościach skutki zamrożenia gospodarki okazują się znacznie łagodniejsze a społeczność lepiej sobie z nimi radzi. Dwudziestoletnie doświadczenie we wdrażaniu ekoturystyki w praktyce pokazuje, że jesteśmy w stanie tworzyć silne, lokalne społeczności, które zarządzają swoimi zasobami w sposób zrównoważony, wykazują dużą świadomość i mądrość oraz nie dają się manipulować wizjami projektów, które służą jedynie interesom wąskiej grupy osób a docelowo niszczą środowisko i podstawy rozwoju gospodarki. W ten sposób ochrona przyrody staje się podstawą lokalnego rozwoju.

 

***

(wywiad ukazał się w publikacji „Ekoturystyka i turystyka zrównoważona. Zbiór dobrych praktyk”, Dominika Zaręba, Fundusz Partnerstwa, Kraków 2021)

 

Andrei Blumer

Współzałożyciel, a od 2003 r. prezes Stowarzyszenia Ekoturystyki w Rumunii (AER). Posiada bogate doświadczenie praktyczne w dziedzinie ekoturystyki, przez ponad 20 lat pomagając społecznościom lokalnym i małym przedsiębiorstwom na obszarach chronionych rozwijać turystykę zórwnoważoną i ekoturystykę w regionie Karpat (Rumunia i Ukraina), Dunaju (Sieć Obszarów Chronionych Dunaju) i Morza Czarnego (Turcja, Gruzja i Rumunia). Jest specjalistą w opracowywaniu systemów certyfikacji ekoturystyki dla firm i destynacji w Rumunii, na poziomie europejskim (European Ecotourism Labeling Standards – EETLS) oraz w Botswanie (BEST). Jako ekspert był zakontraktowany przez różne instytucje międzynarodowe, takie jak USAID (Rumunia), Światowa Organizacja Turystyki UNWTO (Gruzja), Bank Światowy (Rumunia), GIZ (Mołdawia). Wielokrotnie pracował dla WWF w Rumunii, na Ukrainie i Turcji.

foto: Mihai Benea

Więcej informacji: www.eco-romania.ro 

AER

Zrównoważona przyszłość?

Zrównoważona przyszłość?

tekst ©Dominika Zaręba

W globalnym kontekście rozwoju gospodarczego na świecie w XXI wieku potrzebna jest całkiem nowa polityka oparta o Cele Zrównoważonego Rozwoju. Musimy szukać sposobów na znacznie bardziej zintegrowane, dynamiczne i nieliniowe zarządzanie, które łączy systemy naturalne i ludzkie. Jak podkreślają światowi ekonomiści, tacy jak Robert Costanza – jeśli chcemy odnieść sukces jako społeczeństwo, musimy wyjść poza obecny model „wzrostu za wszelką cenę” i mierzenia dobrobytu jedynie wskaźnikami PKB. Niezbędne jest nowe podejście i wspólna wizja świata, w którym nie tylko chcemy, ale musimy poradzić sobie z kryzysami ekologicznymi i społecznymi by osiągnąć dobrostan i zapewnić przyszłym pokoleniom zrównoważoną przyszłość. Te słowa nabierają nowego znaczenia i wymiaru w obliczu takich globalnych zagrożeń jak pandemia zakaźnej choroby COVID-19, która dotknęła ludzkość w 2020 r.

Kryzys ten w sposób szczególny dotknął sektor turystyki wpływając na milionmiejsc pracy na całym świecie, zwłaszcza w regionach słabszych gospodarczo, które utrzymują się z turystyki i usług towarzyszących. Światowa Organizacja Turystyki UNWTO uważa, że sektor turystyczny, jak żadna inna działalność gospodarcza opiera się na interakcji między ludźmi i podkreśla znaczenie międzynarodowego dialogu, współpracy i solidarności wykraczającej poza granice państw. Turystyka może bowiem odegrać szczególną rolę w odbudowie gospodarki i przywracaniu stabilności społeczeństwom świata po pandemii. Należy wierzyć, że uzdrawianie sektora turystyki będzie odbywało się w poszanowaniu środowiska oraz świadomości wartości jakie daje ludzkości przyroda i jej ekosystemy.

Musimy zrozumieć, że zasoby naturalne są kluczowymi gwarantami dobrobytu i zrównoważonego rozwoju ludzkości. Od nich zależy utrzymanie i poprawa naszego dobrostanu oraz dalszy postęp cywilizacyjny. Ta zmiana sposobu, w jaki patrzymy na „naturę” jest niezbędna do rozwiązania problemów społecznych i ekologicznych, z którymi mierzy się dzisiaj ludzkość. Stanowi podstawę do budowania zrównoważonej i pożądanej przyszłości.

Robert Costanza, Australijski Uniwersytet Narodowy, 2014 (tłum. Dominika Zaręba)

Od Walentynek bliżej do wiosny

Od Walentynek bliżej do wiosny

Walentynki, Dzień Zakochanych, Dzień św. Walentego albo Dzień Miłości i Przyjaźni – pod takimi nazwami 14 lutego obchodzi się niemal na całym świecie święto romantycznej miłości, które wszyscy znamy lecz nie wszyscy lubimy. Choć Walentynki to dzisiaj głównie symbol komercji na masową skalę, to jednak warto poznać ich ciekawe korzenie, które wiążą się ze starożytnymi bóstwami, legendarną postacią św. Walentego, a także brytyjską i francuską poezją… Walentynki mogą być też pretekstem do przypomnienia świąt obchodzonych na przednówku, a kojarzonych z miłością, radością i wiosennym przebudzeniem…

Pierwowzoru niektórzy doszukują się w starożytnych świętach. W kalendarzu starogreckim okres od połowy stycznia do połowy lutego był miesiącem zwanym Gamelion, poświęconym małżeństwu Zeusa i Hery – patronki macierzyństwa i opiekunki rodziny. Z kolei w Rzymie 13-15 lutego obchodzono Luperkalia, święto płodności na cześć fauna Luperkusa, pasterskiego boga chroniącego przed wilkami. Celebrowano je w jaskini Lupercal na Palatynie, jednym z siedmiu wzgórz Rzymu, gdzie wilczyca miała wykarmić mitycznych założycieli miasta. Badacze historii i obyczajów twierdzą jednak, że obydwa te święta wiązały się z kultem płodności i nie miały związku z miłością romantyczną, która jest tematem przewodnim współczesnego święta zakochanych.

Początki Walentynek wiąże się często z twórczością średniowiecznego angielskiego poety, dyplomaty i alchemika Geoffrey’a Chaucera. W 1382 roku, w dziele „Ptasi Sejmik” napisał on znany werset ku czci króla Ryszarda II i Anny Czeskiej, ukochanej królowej Anglików, z okazji pierwszej rocznicy ich ślubu: Dlatego był to Dzień św. Walentego, dzień w którym każdy ptak przybywa tu, by wybrać swą parę... Ale ślub królewski miał miejsce 2 maja, więc Dzień św. Walentego w wierszu poety odnosi się do innego Świętego Walentego – biskupa z Genui, nie tego z Rzymu – patrona zakochanych.

Święty Walenty, katolicki ksiądz, lekarz i męczennik, miał być prześladowany w czasach cesarza rzymskiego Klaudiusza II Gockiego. Został ukamienowany i stracony 14 lutego około 269 roku. Pojawia się w archiwach jako św. Walenty z Rzymu lub św. Walenty – biskup z Terni. Według podań miał udzielać chrześcijańskich ślubów młodym parom, za co właśnie wtrącono go do wiezienia.

Romantyczna miłość w kontekście Walentynek przedstawiana jest w literaturze zachodnioeuropejskiej już w późnym średniowieczu. W XV wieku o najsłodszej Walentynce pisał do swojej żony francuski poeta Karol Orleański. Walentynkowe strofy wypowiadane przez Ofelię znajdziemy także w „Hamlecie” Wiliama Szekspira…

Święto zakochanych upowszechniło się w Wielkiej Brytanii pod koniec XVIII w. Wiek XIX natomiast to już czasy masowej produkcji walentynkowych kartek z życzeniami w Europie Zachodniej (Wielkiej Brytanii i Francji). Komercyjny szczyt święto zakochanych osiągnęło w XX wieku w Stanach Zjednoczonych, skąd jego popularność rozprzestrzeniła się niemal na cały świat. W USA celebrują je wszystkie pokolenia, wysyłając co roku kilkaset milionów walentynek.

Walentynkę (chociaż smutną) dostał z Filadelfii nawet Tom Waits w swojej słynnej piosence „Blue valentine”. W Nowym Jorku raz w roku 14 par dostępuje zaszczytu wzięcia ślubu na najwyższym pietrze Empire State Building. Przypominają się wtedy kultowe hollywoodzkie produkcje – „Niezapomniany romans” z 1957 roku, z Carym Grantem i Deborah Kerr, w którym bohaterowie umawiają się za pół roku na szczycie Empire State Building, oraz słynna komedia romantyczna „Bezsenność w Seattle”, z Meg Ryan i Tomem Hanksem, którzy w ostatniej scenie spotykają się na szczycie tej emblematycznej budowli.

We Włoszech, ojczyźnie obfitego ucztowania, miłośnicy kulinariów przygotowują tego dnia wystawne bankiety dla rodziny i przyjaciół. Na hiszpańskiej Ibizie w Walentynki 1985 roku narodził się słynny targ hippisów w Las Dalias, jako symbol „ery miłości”.  W Japonii kobiety obdarowują mężczyzn czekoladkami. W krajach latynoamerykańskich 14 lutego obchodzi się nie tylko jako dzień miłości, ale także przyjaźni. Ale są i państwa, w których obchodzenie Walentynek jest zakazane – należy do nich Arabia Saudyjska.

A w Polsce? Walentynki celebrujemy raczej po amerykańsku. Być może takim radosnym dniem na przednówku kojarzącym się ze stanem zakochania mógłby być pierwszy dzień wiosny 21 marca? Z dniem równonocy wiążą się ciekawe prasłowiańskie tradycje, jak choćby Jare Święto, hołd dla Matki Ziemi i przepędzanie zimy… Lecz jak powiada stare przysłowie: I wiosna by tak nie smakowała, gdyby przedtem zimy nie było. Można też nostalgicznie zaśpiewać za Agnieszką Osiecką: Lecz nie rozczulaj się nad sercem /na cóż mi kwiaty, pomarańcze / ja jeszcze z wiosną się rozkręcę / ja jeszcze z wiosną się roztańczę!. I jakoś tak w Walentynki ta wiosna jest jakby trochę bliżej nas…

tekst i zdjęcie: Dominika Zaręba

(fragment tekstu opublikowanego w „Poznaj Świat”)

***

Dzień dobry, dziś święty Walenty.
Dopiero co świtać poczyna;
Młodzieniec snem leży ujęty,
A hoża doń puka dziewczyna.
Poskoczył kochanek, wdział szaty,
Drzwi rozwarł przed swoją jedyną
I weszła dziewczyna do chaty,
Lecz z chaty nie wyszła dziewczyną.

Fragment „Hamleta” Wiliama Szekspira (tłum. Józef Paszkowski)

shapeimage_2-6

tekst: Dominika Zaręba

Lanckorona i ekoturystyka

Lanckorona i ekoturystyka

 
Lanckorona jest dla mnie miejscem szczególnym na mapie Polski i świata. W tym roku mija 20 lat odkąd przyjechałam do tego niezwykłego „miasteczka na wzgórzu” i zaangażowałam się w lokalne działania. Od pierwszego spotkania z Lanckoroną urzekła mnie niezwykła harmonia krajobrazu, przyrody i architektury, tajemnica kryjąca się w każdym kącie i zaułku, a jednocześnie prostota i jej piękno. Światło jakby inaczej tu operowało. Czułam się tak, jakbym wskoczyła do świata baśni albo do obrazu namalowanego przez Kazimierza Wiśniaka. 
 

Lanckorona powinna rozwijać się w duchu Natury i Kultury, w kierunku ekoturystyki i turystyki dziedzictwa.  Z jednej strony zachowywać tradycje i historię oraz zadbać o ochronę niezwykłego krajobrazu kulturowego, a z drugiej strony angażować lokalną społeczność, wszystkie pokolenia i wykorzystywać potencjał płynący z zainteresowania miejscem wielu środowisk artystycznych spoza Lanckorony.

To miejsce stworzone jest do turystyki opartej o sztukę, także nowoczesną, muzykę, rzemiosło artystyczne, lokalne produkty oraz turystykę aktywną i edukacyjną. Wiele ciekawych rzeczy już się tutaj zadziało – należą do nich takie inicjatywy jak najsłynniejszy zimowy Festiwal Anioł w Miasteczku, Romantyczna Lanckorona z paradą krasnoludków, Międzynarodowe Warsztaty Gitarowe – Festiwal Terra Artis, Rajd Szlakami Konfederatów Barskich i wiele innych, kultowych imprez tematycznych. Nie byłoby tych wydarzeń gdyby nie zaangażowanie pasjonatów z lokalnych organizacji społecznych – Stowarzyszenia Ekologiczno-Kulturalnego „Na Bursztynowym Szlaku”, Towarzystwa Przyjaciół Lanckorony czy Stowarzyszenia Terra Artis. W wiosce tematycznej Jastrzębia dzieją się niesamowite akcje kulturalne i kulinarne wokół Stowarzyszenia Trzy Wionki. W Gminnym Ośrodku Kultury organizowane są takie prestiżowe imprezy, np. Międzynarodowe Warsztaty Filmu Animowanego. Przy Rynku działa Klub Seniora organizujący wartościowe spotkania i wystawy. W Bibliotece powstała Izba Zbiorów Kazimierza Wiśniaka.

fot. Małgorzata Gajos, Rok w Lanckoronie. Stała Galeria Kazimierza Wiśniaka i wystawa prac Waldemara Rudyka w Cafe "Pensjonat" przy Rynku

fot. Małgorzata Gajos, Rok w Lanckoronie /// Stała Galeria Lanckorońska Kazimierza Wiśniaka oraz wystawa prac Waldemara Rudyka w Cafe „Pensjonat” przy Rynku ///

Mamy w Lanckoronie słynne przedwojenne wille – pensjonaty (Willa Tadeusz, Willa Zamek, Willa Bajka, Leśny Ogród, etc.), niezwykłe zagrody edukacyjne („Zagroda Ławeczki”, Gospodarstwo Edukacyjno-Zielarskie „U Maciejowej”, Tęczowa Góra), stodoły i domy z duszą (Stodoła Ciecieręgów, Lanckorona 310). W samym centrum miasteczka powstał teatr lalkowy „Zaułek Animacji”, w klimatycznych kawiarniach odbywają się nietuzinkowe koncerty i wystawy, spotkania poetyckie, warsztaty artystyczne. Mieszkają tu wybitni malarze, fotograficy, muzycy, w wielu domach pracują w warsztatach utalentowani artyści ceramicy, stolarze, bibułkarki i inni nietuzionkowi rzemieślnicy i osoby z artystyczną duszą. Część projektów stworzyli przyjezdni, a część mieszkańcy gminy…

Niestety w Lanckoronie często słyszy się głosy o podziałach na „my” i „oni” (czyli obcy, osoby spoza Lanckorony). Mało jest przykładów działań wspólnych, łączących zarówno mieszkańców jak i pasjonatów spoza regionu. Ciężko przełamać wiele stereotypów. Lanckorona nie ma uporządkowanej oferty dla osób przyjezdnych, wiele atrakcji, które w niej drzemią, jest nieudostępnionych, brakuje punktu informacji turystycznej, map, przewodników, folderów. Dobrze zaplanowana i zorganizowana turystyka zrównoważona mogłaby przynieść wiele korzyści społeczności lokalnej. Są dni, kiedy Lanckorona jest cicha i spokojna, a są takie kiedy przeżywa prawdziwy „najazd” turystów, nie będąc do tego kompletnie przygotowana. Lanckorona nie może być centrum turystyki masowej, ale powinna być ośrodkiem dobrze i nowocześnie zorganizowanej turystyki wysokiej jakości, gdzie przyjezdni otrzymują odpowiednią dawkę emocji, wrażeń i wiedzy oraz potrafią to docenić i tutaj wracać.

Żeby turystyka się rozwijała na takim wysokim poziomie trzeba zadbać o transport publiczny, oznakowanie szlaków rowerowych, spacerowych i biegowych, edukacyjnych, narciarstwa biegowego i innych, musi być punkt informacji turystycznej, publikacje i mapy dostępne w każdym sklepie, możliwość zakupienia ciekawych pamiątek w różnych miejscach, cykliczne jarmarki produktów lokalnych (w tym spożywczych), zaprojektowane w jednym stylu i uporządkowane szyldy oraz tablice informacyjne i mała architektura. Do tego potrzebna jest partnerska współpraca Gminy, organizacji społecznych, przedsiębiorców i innych aktywnych osób w regionie.

Takie jest moje marzenie o ekoturystyce w Lanckoronie!

P13

Krasnoludek Dolibuk, patrchworkowy obraz autorstwa Celiny Kędziery, lomela.eu

(tekst w oparciu o wywiad dla Rok w Lanckoronie): www.facebook.com/notes/rok-w-lanckoronie/dominika-zaręba-i-cafe-pensjonat-kameralne-centrum-ekoturystyczne/2008197952623897/ 

tekst: Dominika Zaręba

foto: Kamil Sorocki

Przygody Dolibuka 2, R.3

Przygody Dolibuka 2, R.3

[:pl]PRZYGODA DRUGA / ZAGADKA STAREJ FOTOGRAFII

tekst: Dominika Zaręba /// obrazy: Celina Kędziera

ROZDZIAŁ 3. Detektywi w akcji

(zob. Rozdz. 1 / zob. Rozdz.2)

IMG_7074

Przedwiosenne dni wciąż jeszcze były krótkie. O godzinie siedemnastej już powolutku zachodziło słońce. W muzeum iskrzyło się światełko, pan Zbyszek już tam musiał wertować swoje archiwa i książki. Spostrzegłem Talbota wędrującego w dół Rynku z wrodzoną sobie elegancją. Latarenki w uliczkach rozświetliły się, a sir Fox wyglądał w tej aurze naprawdę zjawiskowo, jakby urwał się z pięknej bajki. – To niesamowite mieć takiego towarzysza przygody! – pomyślałem przejęty. Do Izby Muzealnej, mieszczącej się w zabytkowym drewnianym, bielonym domu, weszliśmy razem. Mieczowana brama zaskrzypiała. Pamiętam jak przewodnik opowiadał, że budynek ten jako jedyny uchował się z pożaru na lanckorońskim Rynku w 1868 roku.

Zbyszek uśmiechnął się na nasz widok i zaprosił do stołu, gdzie w czajniczku już parzyła się ziołowa herbata. Zapachniało lipą z miętą i sokiem malinowym.

– Usiądźcie kochani. Nie uwierzycie co mi się dzisiaj przydarzyło. Kiedy wracałem do domu, na kalwaryjskiej dróżce leżała moja teczka z mapami. Była do niej przyczepiona karteczka z napisem – „Znalazca proszony o oddanie do Izby Muzealnej w Lanckoronie” i inicjały F.T i M.T.

– No nie, to już jest bezczelność, nie dość, że próbują nielegalnie coś odnaleźć na zamku, kradną panu mapy, to jeszcze przybrali sobie kryptonimy Foxa i Matyldy. I dosłownie depczą nam po piętach! – zawołałem oburzony. Mamy mało czasu. Musimy działać szybko.

– Zgadzam się Dolibuku – odrzekł ze spokojem Fox. – Ale nie możemy ulegać emocjom. Trzeba wytężyć umysły i skupić się na odczytaniu tekstu ze zdjęcia. Musimy działać z zaskoczenia, zwłaszcza, że nic o nas nie wiedzą. Wiemy, że dzisiaj w nocy ponowią eskapadę na ruiny… – dodał.

– Skąd to wiemy drogi lisie? – zapytałem zdziwiony.

– Słuchajcie, od tego powinienem zacząć… Nie uwierzycie jak wam powiem, że na śniadaniu w willi przy stoliku obok usiadła para turystów do złudzenia przypominających naszych tajemniczych gości z ruin. Rozpoznałem ich po głosie, ten charakterystyczny francuski akcent… Zachowywali się jak para zakochanych w podróży. Rozmawiali o alejkach spacerowych na Górze Lanckorońskiej i o planach na najbliższe dni. Gdybym wcześniej ich nie spotkał, byłbym pewien, że to zwyczajni turyści francuskiego pochodzenia, którzy przyjechali, by zaczerpnąć świeżego powietrza na łonie natury i poczuć artystyczną atmosferę Lanckorony. I najlepsze – powiem wam teraz – usłyszałem, że planują dzisiaj „romantyczny” spacer na ruiny Alejką cichych szeptów, o północy… o mało nie udławiłem się bułką z białym serem jak to powiedzieli… – zażartował lis. – Jak pan myśli – lis zwrócił się teraz do Zbyszka – po co im były te pana mapy?

– Hmm, właśnie nie powiedziałem wam najważniejszego. Z teczki zginęła jedna mapa (na szczęście była to kopia, a nie oryginał). Chodzi o plan zamku z czasów konfederatów. Podobno w tym czasie na ruinach grasowało najwięcej złodziejaszków – tak zwanych poszukiwaczy skarbów, ale ja ich nazywam rabusiami, bo nie wiemy ile cennych dla nauki fragmentów zamku mogli zniszczyć i rozebrać w tym czasie. Na planie naszej fortecy ktoś (podejrzewam, że był to Teofil Korzeniowski, żyjący na przełomie wieków XIX i XX, dzięki któremu przetrwało wiele dawnych opowieści o Lanckoronie) zaznaczył miejsca, gdzie mogły znajdować się tajne wejścia do podziemi zamku. Zgodnie z legendą wejście główne było w studni zamkowej kuchni, ale w tym czasie była już dawno zasypana. Teofil, którego rękopisy znaleziono niedawno w starym kredensie w Krakowie, podejrzewał widocznie, że musiało być także inne tajne wejście do podziemi. Zaznaczył na planie kilka prawdopodobnych miejsc. Jednym z nich była wschodnia ściana naszej baszty ze zdjęcia. Popatrzcie – byłem dziś w Krakowie w Muzeum Etnograficznym i zdobyłem nową kopię mapy z zapiskami Teofila.

– W takim razie już wiemy, czemu tajemnicza para kręciła się przy tej wieży – powiedziałem ze smutkiem w głosie. Są krok przed nami do rozwiązania zagadki. Możemy nie zdążyć…

– Ależ Dolibuku, nie poddawaj się tak łatwo – zawołał sir Fox. Gdzie się podział twój wrodzony optymizm i duch przygody? Potrzebujemy teraz siły twojego analitycznego umysłu… i więcej wiary w siebie – drogi przyjacielu! Popatrzmy raz jeszcze na szyfr i wpiszmy odgadnięte fragmenty hasła. Lis wyciągnął notes i napisał:

(szyfr: L.MDCCCXXXIV/F. T./M.T.F.T.=XXFN/M.T./L.MCMXXXIV

Lacock.1834/Fox Talbot/M.T.F.T.=XXFN/Matylda Talbot/Lanckorona.1934

IMG_7072

Nastała chwila ciszy. Cała nasza trójka zaczęła wpatrywać się w tekst. Nie miałem wątpliwości – intuicja podpowiadała mi, że mamy do czynienia z zagadką Madame Matyldy Talbot! Pozostał nam do odgadnięcia środek szyfru, najtrudniejszy fragment.

– Przepraszam za chwilę zwątpienia kochani! – powiedziałem i wyciągnąłem swoje notatki. Otóż, prawdopodobnie znak równości oznacza, że środek hasła został zapisany podwójnym szyfrem. Po odgadnięciu dwóch stron równania będziemy mieli pewność, że zawierają tę samą wskazówkę i nie popełniliśmy błędu. Wydaje mi się, że łatwej odgadnąć prawą stronę. Tutaj sobie na marginesie nawet zaznaczyłem, że może to być znowu liczba – pisana rzymskimi cyframi XX – czyli dwadzieścia. Jeśli tak, to kolejne litery mogą oznaczać nazwę jednostki miary oraz kierunek. Ponieważ u Was na Wyspach Brytyjskich odległości mierzymy w stopach – czyli „feet”, to literka F może właśnie oznaczać stopy.

– A literka „N” – kierunek… – zamyślił się Fox, czyli „północ” oznaczaną na całym świecie literą N (North).

– Czyli mielibyśmy 20 stóp w kierunku północy! – zawołał Zbyszek.

– Jedna stopa to około 30,48 cm, czyli 20 stóp daje nam ponad 600 cm, co czyli 6 metrów z hakiem… – obliczyłem szybko popisując się swoją matematyczną błyskotliwością.

– W takim razie teraz potrzebujemy wydedukować odkąd trzeba liczyć te 6 metrów na północ. Jaki jest punkt odniesienia – zamyślił się pan Zbyszek. – Trudniej będzie chłopaki odgadnąć hasło po lewej stronie równania, ale liczę na Waszą erudycję i znajomość języków obcych – zachęcił.

– Dokładnie drogi przyjacielu! Języki obce! Słowo klucz na teraz. Skupmy się zatem na języku angielskim, bo skoro madame Matylda podaje nam odległość w stopach, to sugeruje, że hasło jest także w języku angielskim. Spróbujmy pogłówkować, jakie słówka kryją się pod tymi literami. Jak ja to uwielbiam! – krzyknąłem i podskoczyłem rozentuzjazmowany na krześle a wraz ze mną niebieski kapelusik.

– Zobaczcie – powiedział lis. To są takie same litery jak w inicjałach Foxa i Matyldy, tylko odwrócone. Kiedyś rozwiązywałem szyfr oparty na podobnych zasadach i okazało się, że należy go czytać w dwie strony. Mielibyśmy wtedy do odgadnięcia nie 4, ale 8 wyrazów zaczynających się od liter M.T.F.T a następnie czytanych wspak – czyli T.F.T.M. Macie jakieś skojarzenia? – zapytał.

– Pierwsze co przychodzi mi do głowy, a ma związek z zamkiem, to angielskie słowa na T. – takie jak „tower” (wieża) albo „treasure” (skarb), albo jedno i drugie. – uśmiechnąłem się. Na przykład M.T.F.T mogłoby oznaczać: „My Tower Find Treasure” (moja-wieża-znajdź skarb), albo „My Treasure Find Tower” (mój-skarb-znajdź-wieżę). Czyli mniej więcej chodziłoby o to samo. Ponieważ dama ze zdjęcia opiera się o wieżę, to sugeruje nam dobitnie, że skarbu należy szukać w tej okolicy.

– Jesteś genialny Dolibuku! Twoja interpretacja się broni, ale jednak wciąż nie możemy dać znaku równości pomiędzy prawą i lewą stroną działania – słowa: „mój skarb – znajdź wieżę” nie są wciąż tożsame z: „20 stóp na północ” – lis podrapał się za uchem.

– Zgadza się lisku. Jednak pamiętajcie, że mieliśmy także odgadnąć znaczenia liter wspak, czyli teraz weźmy się za T.F.T.M.

– Oczywiście. A co powiecie na to, gdyby T.F. oznaczało „twenty feet”, czyli nasze „20 stóp” – powiedział triumfalnie Fox.

– Brzmi całkiem sensownie, tylko za nic nie mogę wymyślić co dalej. Co z tym T.M… – zamyśliłem się.

– Musiałaby być znowu gdzieś sugestia kierunku północnego – N, ale nie mamy litery N w tej części hasła – zauważył Fox. Czy znacie jakieś inne określenia na północ w języku angielskim?

– Zaraz, zaraz – zawołał Zbyszek sięgając po encyklopedię geograficzno-historyczną. Słuchajcie, w naszym języku „północ” oznacza także środek nocy, godzinę 0:0, a po angielsku to „midnight”. Kiedyś o tym czytałem i zaraz Wam pokażę co mi się przypomniało. – zawołał. O jest – posłuchajcie: „Na północnej półkuli słowo północ określające godzinę 0:0, czyli 24:00 ma prastary geograficzny związek z północnym kierunkiem świata”. Dlatego pomyślałem sobie, że oczytana pani Matylda znalazła inne, dawne określenie na północ – „north”, czyli „midnight”. – pan Zbyszek był bardzo z siebie siebie dumny. Faktycznie jego wywód zrobił na nas wrażenie! To była fantastyczna chwila!

– W takim razie mamy coś takiego moi kochani odkrywcy zagadek świata:

„Twenty feet to Midnight”, czyli „20 stóp do północy”, a zatem popatrzcie na nasze odszyfrowane hasło – powiedział sir Fox:

Lacock.1834/Fox Talbot/

Mój (M) skarb (T) – znajdź (F) wieżę (T) = 20 f N

dwadzieścia (T) stóp (F) do (T) północy (M)

/Matylda Talbot/Lanckorona.1934

– Oczywiście zauważcie, że na zdjęciu pani Matylda stoi na skraju wieży patrząc na południe. Zatem północ będzie za jej plecami. I tam należy szukać talbotowej niespodzianki – podsumowałem radośnie naszą fascynującą dyskusję.

– I teraz popatrzcie moi drodzy na plan twierdzy – odparł Zbyszek. Teofil Korzeniowski już na początku ubiegłego wieku zaznaczył w tym miejscu prawdopodobne wejście do podziemi zamku. To niesamowite… – zamyślił się.

– To co! Bierzmy sprzęt i ruszamy na Zamek! – zawołałem.

– Kochany Dolibuku. Znowu poddajesz się emocjom chwili zamiast myśleć racjonalnie. Owszem, jest szansa, że odkryjemy skarb. Ale to byłaby tylko połowa mojej misji. Przecież ja muszę dowiedzieć się kim są złodzieje eksponatów z naszego muzeum i odzyskać nasze dzieła nauki! Jeśli sami znajdziemy ten skarb, to nigdy nie złapiemy złoczyńców! – powiedział nieco uniesionym głosem sir Fox.

– Pozostaje nam przyłapać ich na gorącym uczynku i … pozwolić im pierwszym odkryć zagadkę Matyldy – zasmuciłem się nieco. Pan Fox miał rację. Liczyły się cele wyższe niż zaspokojenie samej żądzy przygody.

– Zbliżcie się moi drodzy detektywi. Powiem wam na ucho co teraz zaplanowałem.

Zaufaliśmy doświadczeniu Sir Foxa. W końcu nie bez przyczyny angielska policja z hrabstwa Wilshire powierzyła mu tę zaszczytną misję. Przed nami szykowała się perspektywa kolejnej bezsennej nocy. Ale tak wielka dawka adrenaliny nie pozwoliłaby nam zmrużyć oka. Fox wykonał kilka tajemniczych telefonów. Potem zabrałem go do domu na kolację, żeby znowu mi nie zasłabł i nie zbladł. Pewnie się domyślacie, że zjedliśmy pierogi z jagodami, a dla niektórych – z borówkami – pod śmietanową pierzynką. Misja, misją, ale pewne rytuały życiowe trzeba pielęgnować. Po kolacji napiliśmy się czekolady, z odrobiną chili, ma się rozumieć, i ucięliśmy sobie małą drzemkę. Zaprosiłem Foxa na mój zaczarowany fotel bujany. Potem twierdził, że śniło mu się jak śpiewał arie operowe, a na fortepianie akompaniowała mu Matylda Talbot. Nie było czasu, by mu wyjaśniać teraz historię fotela (prześlę mu do poczytania moją przygodę pt. „Senna bajka”) a o muzycznej historii napiszę wam kiedyś w innym rozdziale (obiecuję!). O 22.00 mieliśmy już być na Zamkowej Górze. Ze Zbyszkiem umówiliśmy się obok altanki u stóp ruin. Na wszelki wypadek woleliśmy nie zbliżać się do Zamku, chociaż bardzo nas kusiło, żeby odmierzyć te 6 metrów na północ. Znaleźliśmy sobie kryjówkę w takim zapadlisku u stóp ruin. Zabrałem ze sobą gruby wełniany koc od kuzynki ze Szkocji, żebyśmy nie zmarzli podczas finałowej akcji. Musieliśmy teraz uzbroić się w cierpliwość i czekać na rozwój wypadków.

Wybiła północ – tylko wiatr nic sobie nie robił z ciszy i hulał na zamkowej Górze, było już dość ciepło jak na tę porę roku, żadnych śladów po śniegu, który jeszcze wczoraj pokrywał świat. Jakieś pięć minut po dwunastej zobaczyliśmy ich obok baszty. Byliśmy za daleko by usłyszeć o czym rozmawiają. Ciekawe czy udało im się odgadnąć szyfr ze zdjęcia czy też kierują się jedynie wskazówkami ze starej mapy skradzionej z muzeum – zapytałem się sam siebie. Chciałem wierzyć, że tylko my posiedliśmy wiedzę przebojowej Matyldy. Tak jakby specjalnie do nas kierowała swój uśmiech ze zdjęcia…

Światło księżyca, niczym reflektor, oświetlało teatralną scenę jaką jawiła się teraz Zamkowa Góra. Przed nami rozgrywała się kulminacyjna część przedstawienia.

(c.d.n.)

61782866_2131286996968950_7703464496135667712_n[:]

Przygody Dolibuka 2, R.2

Przygody Dolibuka 2, R.2

[:pl]PRZYGODA DRUGA / ZAGADKA STAREJ FOTOGRAFII

tekst: Dominika Zaręba /// obrazy: Celina Kędziera

ROZDZIAŁ 2 (zob. Rozdz. 1.)

Ruiny zamku lśniły w księżycowej poświacie, w oddali słychać było pohukiwania sów. Staliśmy u stóp zamku widząc kadr ze zdjęcia skradzionego z muzeum. Na fotografii, której kopię pokazał mi wcześniej Sir Fox, było tylko znacznie mniej drzew wokoło ruin i została wykonana – na moje oko – późną wiosną lub na samym początku lata.

62458750_430905960823471_7026231699260309504_n

– Hmm… I co teraz? – zamyślił się lis, gdyż w sumie nie ustaliliśmy wcześniej planu akcji, tylko spontanicznie ruszyliśmy na wzgórze.

– Chodźmy na dziedziniec zamkowy. Tam opowiem panu o mojej pewnej hipotezie wysnutej na podstawie studiowania książek w bibliotece. – odrzekłem.

Wspięliśmy się na ruiny Zamku stromą skarpą, śliską od topniejącego śniegu. Trzeba mieć dużo wyobraźni, by wewnętrzny placyk pośród zrujnowanych fragmentów murów i porozrzucanych kopców kamieni, wydał się dawnym reprezentacyjnym dziedzińcem zamkowym. Wiatr tańczył wokół nas, światło księżyca wyostrzało groźne cienie murów. Czuło się obecność duchów przeszłości, tych zachowanych w legendach lanckorońskich, o których tak wiele przeczytałem w długie zimowe wieczory.

– Usiądźmy tu na kamieniach – wyszeptałem i położyłem wełniany szalik, żebyśmy mieli cieplej i wygodniej. – Powiem panu co na razie wywnioskowałem z naszego szyfru. – Otóż wydaje mi się, że liczby z początku i końca notatki nawiązują do stuletniej rocznicy odkrycia negatywu przez naszego naukowca. Tak jakby ktoś specjalnie chciał podkreślić wagę wydarzenia.

– To bardzo ciekawe, miałem podobne wrażenie, ale wolałem, żeby pan sam mi to potwierdził. – lis po raz pierwszy uśmiechnął się i do twarzy mu było z tym lisim uśmiechem. Teraz spróbujmy się zastanowić co oznaczać może litera L na początku i końcu szyfru, detektywie Dolibuku? – zamyślił się.

– To oczywista logika absolutna. – odparłem z wielce inteligentną miną. Pierwsze L to oczywiście Lacock, czyli: „W roku pańskim 1834 w angielskim miasteczku Lacock Sir William Fox Talbot rozpoczyna eksperymenty nad utrwaleniem obrazu optycznego” – wyrecytowałem jednym tchem jakbym czytał dalej księgę historii fotografii.

– Otóż to! Mój drogi geniuszu Dolibuku! – odpowiedział lis. Wiedziałem, że z tobą będzie się zawodowo pracowało!

– A zatem ostatnie L – rzekłem – oznacza Lanckoronę. Zdjęcie zostało wykonane w Lanckoronie w 1934 roku, w stuletnią rocznicę ważnego wydarzenia naukowego … Taką można wysnuć hipotezę i postarałam się wkrótce udowodnić jej prawdziwość! – powiedziałem cichym i przejętym głosem.

– A zastanawiałeś się krasnoludku co mogą oznaczać litery w środku szyfru? – zapytał lis.

– Mam tu kilka, na razie luźnych skojarzeń – odparłem. F.T. – to mogą być np. inicjały Foxa Talbota, tak samo jak M.T. – Matyldy Talbot, chociaż M.T. i F.T. pojawiają się dwukrotnie i mogą mieć także jakieś podwójne znaczenie. Załóżmy, że są to częściowo inicjały. Wówczas jest wielce prawdopodobne, że na fotografii została uchwycona sama wspaniała dama z Lacock i że pani Matylda podczas swoich licznych podróży odwiedziła Lanckoronę i postanowiła tutaj coś po sobie zostawić…

Wtem w oddali usłyszeliśmy szelest gałęzi. Spojrzeliśmy najpierw z niepokojem na siebie a potem w stronę lasu, skąd pochodził obcy odgłos. Szybciutko złapałem pana Talbota za płaszcz i pociągnąłem go za najwyższy kamienny kopiec. Przykucnęliśmy tu w zupełnej ciszy, bojąc się, że zdradzić nas może nawet najmniejszy oddech. Zacząłem się zastanawiać czy ktoś nas mógł wcześniej śledzić, ale raczej wykluczyłem taką możliwość, gdyż mam niezwykle wyczulony zmysł słuchu na każdy, nawet najcichszy odgłos. Moim długim uszom zawdzięczam nie tylko muzykalność, ale także niezwykłą wrażliwość na dźwięki, niczym u nietoperzy. Podczas wspinaczki na Górę Lanckorońską słyszałem jedynie niewinne odgłosy przyrody…

IMG_7076

Ukryci w cieniu kopca z kamieni oprószonych jeszcze gdzieniegdzie śniegiem, wpatrywaliśmy się w czarne sylwetki drzew otulających lanckorońską górę, dość złowrogo prezentujące się w tej nocnej aurze. Wtem od strony północnego zbocza, pośród mrocznego lasu, dostrzegliśmy dwie postaci wspinające się na ruiny powoli i ostrożnie. Po chwili można już było zobaczyć kobietę i mężczyznę ubranych w ciemne kombinezony i czapki z daszkiem zasłaniające częściowo twarze. Kiedy znaleźli się na dziedzińcu, nerwowo rozglądnęli się wokoło.

– Musimy się śpieszyć, żeby zdążyć przed świtem – szepnęła nieznajoma z zagadkowym francuskim akcentem.

– Jesteś pewna, gdzie mamy szukać? – zapytał cicho mężczyzna. Wyjął z kieszeni kartkę z jakimiś szkicami i chwilę się jej przyglądał. Wyglądała trochę jak fragment mapy.

Tajemniczy nieznajomi zbliżyli się do południowo-wschodniej baszty, tej najlepiej zachowanej wieży ze skradzionego zdjęcia, i zniknęli nam z oczu za jej kamienną ścianą. Poczułem wielki niepokój… Popatrzyłem na lisa – sir Fox był wstrząśnięty i zrobił się taki blady, jakby nagle zamienił się w lisa polarnego.

Raptem ujrzeliśmy kolejną postać wchodzącą na ruiny od strony dawnej fosy. Od razu rozpoznałem w niej pana Zbyszka, lanckorońskiego przewodnika i historyka, który znany jest z tego, że o różnych porach dnia i nocy, urządza sobie spacery po okolicy – taki niespokojny duch odkrywcy. Szedł z pękiem kluczy i coś do siebie mówił pod nosem. Podszedł do baszty i zaczął mocować się z kłódką do żelaznej bramy.

IMG_7075

Kątem oka zobaczyłem jak nieznajomi błyskawicznie wycofują się cichaczem z ruin zamku, zapewne niezadowoleni, że ktoś pokrzyżował im plany. Zdążyłem jeszcze zauważyć w świetle księżyca, że oboje byli szczupli i mieli wysportowane sylwetki – mężczyzna średniego wzrostu, a kobieta drobnej budowy; spod czapki wystawał jej długi kasztanowy warkocz. Niemal bezszelestnie oddalili się z planu akcji poruszając się zwinnymi ruchami pająka na lekko ugiętych kolanach. Wyglądali na zawodowców…

Tymczasem Zbyszek wszedł do wieży. Mieliśmy teraz okazję odejść niezauważeni z ruin zamku. – To jednak ryzykowne – pomyślałem. – Co jeśli znowu natkniemy się w lesie na zagadkową parę? Nie powinni wiedzieć, że ktoś ich obserwował… – Kto wie, może lepiej zostać i zagadać z historykiem? I tak już dawno miałem ochotę wdać się z nim w pogawędkę o lanckorońskich tajemnicach… Niewykluczone, że będzie to nawet wskazane ze względu na nasze śledztwo? – zastanawiałem się w duchu, a w głowie krążyło mi tysiąc myśli na sekundę. Szepnąłem do ucha panu Foxowi o swoim pomyśle. Lis przytaknął i pomalutku wyszliśmy z kryjówki. Pan Zbyszek usłyszawszy kroki wyglądnął z baszty i… upuścił kłódkę… z wrażenia.

– Nie do wiary… – wyszeptał. – Wy, krasnoludki jednak istniejecie? – zamrugał oczami, po czym przecierał je kilka razy. Myślałem, że pęknę ze śmiechu, ale ze względu na powagę sytuacji postanowiłem zachowywać się bardzo prestiżowo, tak to mawia dzisiejsza młodzież.

– Dzień dobry, jestem Dolibuk a to mój gość z Anglii – Sir Fox – ukłoniliśmy się pięknie, równiutko ściągając kapelusze.

– Słyszałem o tobie Dolibuku. Jesteś już niemal nową lanckorońską legendą. Witaj w Lanckoronie szanowny panie Fox. Jestem Zbigniew, lanckoroński przewodnik – odkłonił się nieśmiało. – Co was tu sprowadza?

– Może ja wytłumaczę – wyrwał się Talbot widząc po mojej minie, że mam dylemat jak rozpocząć rozmowę. – Otóż drogi Sir Zbigniew. Jestem tu na zlecenie angielskiej policji. Ścigamy międzynarodową szajkę złodziei dzieł nauki i sztuki. Mamy powody przypuszczać, że znajdują się teraz w Polsce, a nawet jest bardzo prawdopodobne, że w okolicy Lanckorony. Ma to poniekąd… hmm…związek… z domniemanym skarbem ze starej fotografii… – Lis uważnie obserwował reakcję pana Zbyszka. A ten robił coraz bardziej okrągłe oczy. Uśmiechnąłem się do siebie – Pierwszy raz lis użył słowa „skarb”, tak jakby wcześniej bał się nazwać całą akcję po imieniu – pomyślałem z przejęciem. – Ulala! W końcu staliśmy się „poszukiwaczami skarbów”!

– Zaraz, zaraz, dwa dni temu oprowadzałem wycieczkę w muzeum. W grupie turystów była para, która przedstawiła się jako korespondenci francuskiej telewizji. Wypytywali mnie o zamek, tajne przejścia podziemne łączące twierdzę i rynek oraz oczywiście o skarby. Zaraz po tej wizycie zginęła mi teczka z kopiami starych dokumentów i map zamku. Piszę teraz rozdział do książki historycznej i pomyślałem sobie, że materiały mogłem zostawić z roztargnienia w wieży. A że dopadła mnie przedwiosenna bezsenna noc, przyszedłem dzisiaj na ruiny, żeby to sprawdzić.

– I znalazł pan swoją teczkę? – zapytałem.

– Niestety tutaj też jej nie ma, bardzo mnie to martwi. Bez materiałów szybko nie skończę pracy… – pan Zbyszek posmutniał. – Ale w czym mogę wam pomóc, czy do czegoś się przydam takim niezwykłym gościom? – zapytał przejęty.

Popatrzyliśmy na siebie z Taboltem porozumiewawczym wzrokiem, normalnie jakbyśmy czytali sobie w myślach. Pokrewieństwo dusz czy co? – pomyślałem i lekko się uśmiechnąłem. Fajnie rozwiązuje się zagadki z kompanem, którego się polubiło od pierwszego spotkania. Zresztą sami dobrze wiecie jak ważne jest dobre i szczere towarzystwo w życiu;-)… Byliśmy zgodni, że trzeba pana Zbyszka wtajemniczyć w naszą misję. Usiedliśmy w wieży na drewnianej ławeczce, mocno podniszczonej przez wilgoć i czas, wyjąłem z kieszeni termos z czekoladą, którą zawsze noszę przy sobie i popijając gorący napój – najpyszniejszy na świecie – przedstawiliśmy mu obraz całej sytuacji, napomknąwszy także o tajemniczych nocnych gościach na Lanckorońskiej Górze. Zbyszek zamyślił się na dłuższą chwilę. – Od dekad nie kręcili się tu żadni poszukiwacze skarbów. Jedynie grupa archeologów robiła w ubiegłym roku dokumentację i plany zamku z różnych epok historycznych – odparł.

– Panie Zbyszku, a co powiedział pan dokładnie tym dziennikarzom z muzeum o zamku i skarbach? – zapytałem.

    – Wspomniałem im tylko legendę o podziemiach zamku oraz napomknąłem, że wiele opowieści o tajnych zakamarkach twierdzy wiązało się właśnie tą basztą, w której teraz jesteśmy. Ale ruiny były już eksplorowane wielokrotnie – przez naukowców a wcześniej przez różnych prywatnych poszukiwaczy, zwłaszcza w epoce romantyzmu w XIX wieku – dodał z znawstwem. Krążyły fantastyczne opowieści o zamkowym skarbcu ukrytym w kuchennej studni… Ale współcześnie nie spotkałem się z informacją o odnalezionych skarbach, tak jakby wszystkie zagadki na zamku zostały już dawno rozwiązane. Ciekawe, że na waszej fotografii także pojawia się ta zamkowa baszta… – zamyślił się… – Słuchajcie moi drodzy, może spotkamy się po południu w muzeum i przeglądniemy razem archiwum? Tutaj chyba nic więcej na razie nie zdziałamy, a wypadałoby się troszkę zdrzemnąć… – przytaknęliśmy i wszyscy w trójkę zaczęliśmy jednocześnie ziewać.

IMG_7073

Świtało, las przestawał być już tak mroczny i rozśpiewał się melodiami szpaków i innych rannych ptaszków. Zaprowadziłem Foxa Talbota do drewnianej willi – zabytkowego pensjonatu, gdzie miał zarezerwowany nocleg służbowy. Nie wiem czy celowo czy przez przypadek, Fox wybrał willę o nazwie „Zamek”. – Ach! Tak właśnie powinniśmy także nazwać naszą zagadkową akcję! Akcja poszukiwania skarbu – kryptonim „Zamek”.

Dom otoczony był baśniowym ogrodem, z balkonami spoglądającymi na beskidzkie pola, doliny, sady i lasy. Niezwykle prezentował się o wschodzie słońca, otulony mgłą, ukryty pośród oszronionych drzew i krzewów. Zaprowadziłem Foxa do pokoju nr 11. Była to maleńka izba na drugim piętrze niemal pod skrzydłami dachu. Na ścianie wisiał rysunek ruin lanckorońskiego Zamku, zapewne pamiątka po jednym z plenerów malarskich, na które zjeżdżają do Lanckorony plastycy z całej Polski. Z pokoiku można było wyjść na najwyższy taras willi, usiąść przy kominie i delektować się najbardziej niezwykłym widokiem na ziemi. Faliste linie pól, łąk, lasów i beskidzkich szczytów namalowane zostały farbą z obłoków, gasnącego blasku księżyca i promieni wschodzącego słońca. Czuło się jakby było się tutaj bliżej nieba, niemal można było dotknąć księżyca i powolutku znikających – wraz z odejściem nocy – gwiazd. Wszystko było tu idealnie harmonijne, jakby natura i kultura zawarły przymierze do końca świata.

– To ten słynny widok z balkonu willi w Lanckoronie z piosenki Marka Grechuty – uśmiechnąłem się z rozmarzeniem w oczach. – Już czas na mnie lisku, odpocznij i do zobaczenia na popołudniowej herbatce w muzeum – pomachałem na pożegnanie.

– Yes Sir, 5 o’clock! – ukłonił się Talbot.

(c.d.n.)

***
CelinaKedziera_bio_wystawa_2019[:]