Zapiski z Mongolii

Zapiski z Mongolii

[:pl]

tekst: Dominika Zaręba

Dlaczego wiatr mieszka na stepie?

Sajnbajnu to mongolskie pozdrowienie, które znaczy: dzień dobry, jak się masz, czy wszystko u ciebie dobrze?… Nie można na nie przecząco. Mówienie o smutku przynosi pecha. W Mongolii trzeba wierzyć i myśleć pozytywnie. Staromongolskie przysłowie głosi, że dobra myśl obejmie cały step…

Dzisiejszy Mongoł jest takim samym Mongołem jak jego dziad i pradziad. A czas wcale nie stanął tu w miejscu. Czas toczy się swoim niezmiennym od setek lat rytmem. Może stepowy świat potomków Czyngis-chana po prostu nie dał się jeszcze zwariować?

Mongolia03_fotDominikaZareba

Szczęściem mężczyzny szeroki step

Prawdziwej Mongolii szukać trzeba na stepie. „Stepem” nazywa się tu nie tylko trawiaste równiny sięgające po horyzont na wschodzie i zachodzie kraju. Step to także kamieniste obszary pustyni i półpustyni poprzecinane pasmami złotych wydm i ciągnącym się z południa na zachód masywem dzikiego Ałtaju. To zielone wzgórza i doliny środkowej Mongolii pokryte latem tysiącem szarotek, sasanek, dzwonków i astrów. To śródleśne polany na porośniętej modrzewiową tajgą syberyjskiej północy kraju. Prawda o stepie kryje się w błyszczących oczach galopującego na niewysokim koniu Mongoła. W tych oczach można wyczytać szczęście. Szczęściem dla koczownika jest duma ze swobody, przestrzeni, wolności. Bo wolność znaczy step. W nim jest wszystko. Pożywienie – mięso i mleko wypasanych zwierząt. Środek transportu – silny zahartowany koń. Opał, by ugotować strawę i ogrzać się w mroźne dni (w większej części bezdrzewnej Mongolii to wyschnięty nawóz bydlęcy). Wreszcie dach nad głową – przytulna jurta, którą w każdej chwili można złożyć i przenieść kilkadziesiąt albo kilkaset kilometrów dalej.

Koczownicy przemieszczają się swobodnie w poszukiwaniu odpowiednich miejsc do wypasów stad kóz, owiec, koni, krów czy wielbłądów. Step należy do mongolskiego, a naród do stepu. Przymierze zawarte o końca świata?

Prawda o stepie kryje się w mongolskich rzewnych melodiach i piosenkach. Śpiewają je tu wszyscy, a najczęściej słyszy w autobusach. Kiedy zapchany po czubek dachu ludźmi i towarami pojazd mknie po bezdrożach stepu, a zachodzące słońce na złoto oświetla niknące w oddali wzgórza i pasące się stada koni, wtedy to zwykle, ot tak po prostu, rozpoczyna się czas stepowej piosenki urt-duu. Ktoś z tyłu zacznie nieśmiało intonować melodię, naraz dołącza do niego kilka innych osób i już za chwilę śpiewa cały autobus. Starzy i młodzi, kobiety i mężczyźni niczym zgrana orkiestra snują swe muzyczne opowieści.

– O czym są te piosenki?- pytam Chureł Baatara, który śpiewa najgłośniej ze wszystkich.

– O tym jak spokojnie płynie życie na stepie.

Posłuchajcie jak mongolskie pieśni śpiewa Urna

Nie ma stuletnich ludzi, ale są tysiącletnie słowa

Może trudno w to uwierzyć, ale opowieści średniowiecznych podróżników o Mongolii nie straciły dzisiaj wiele na aktualności. Odkrywanie świata podobnego do tego, jaki widzieli Marco Polo, Carpine Giovanni da Pian czy Wilhelm Rubruk ma swój magiczny wymiar. Konfrontacja z potęgą mongolskiej tradycji wzbudza niepokój i wzruszenie zarazem. Podobnie jak pierwsi europejscy odkrywcy Azji Środkowej musimy na przykład uważać, żeby nie nastąpić na próg przy wchodzeniu do jurty – to bardzo niedobry omen, a przed wychyleniem czaszy z mongolską wódką archi, kilka pierwszych kropel oddajemy w ofierze czterem stronom świata.

Noho hor! Uciszcie psy! – wołam co tchu w piersiach, zbliżając się do wzorzyście pomalowanych drzwi jurty stojącej pośrodku bezkresnej łąki. I chociaż nie słychać żadnego złowróżbnego szczekania, są to pierwsze słowa, które wykrzykuje się idąc w gościnę na stepie. Noho hor ma przede wszystkim oznajmiać, że nadchodzą strudzeni przybysze, ale czasem może też uchronić przed spotkaniem z zębami pasterskiego psa. Przejęta chwilą pierwszej wizyty w jurcie gorączkowo powtarzam w myślach wyczytane jeszcze przed wyjazdem „zasady dobrego zachowania”, których rodowód ma nawet i tysiąc lat. Jak to było? Goście siadają po lewej stronie. Kiedy podają nam poczęstunek obiema rękami, trzeba go odebrać również oburącz. Gdy częstują prawą dłonią, a lewa podtrzymują łokieć prawej ręki, to wypada uczynić taki sam gest… Ręce plączą się niemiłosiernie, a cała skośnooka rodzina nieźle się bawi obserwując moje żałosne próby przestrzegania mongolskiego savoir-vivre’u. Kilka par czarnych, wesołych oczu nie odrywa od nas wzroku. My nie jesteśmy lepsi. Spoglądamy na ich śniade i ostro zarysowane twarze. Na jedwabne stroje pani domu i jej córek. I tak siedzimy naprzeciwko siebie jak istoty z dwóch światów, bez słowa, wymieniając jedynie szerokie uśmiechy. Dwóch okrągłookich i cztery pokolenia skośnookich.

Tak przebiega zwykle pierwsza wizyta w jurcie. Potem jest już znacznie lepiej. Wystarczy nauczyć się kilku mongolskich słów i zwrotów, żeby mile „pogawędzić” o tym, ze niebo jest dzisiaj bardzo niebieskie, że takiego wiatru jak na stepie u nas nie uświadczy, że Polska jest pięć razy mniejsza od Mongolii, a żyje tam piętnaście razy więcej ludzi. I nawet do solonej herbaty z mlekiem można się przyzwyczaić. Przychodzi nawet i taki czas, że spragnieni i zmęczeni kolejnym dniem wędrowania, o niczym innym nie marzymy, jak tylko o miseczce mongolskiej sute-caj.

sl23

Nie przechodź przez wodę nie zapytawszy o bród

Dość ironicznie brzmią te słowa przestrogi mongolskich przodków, kiedy przypominam je sobie siedząc w autobusie, który utknął w szerokiej i rwącej rzece, a woda powoli zaczyna się wlewać do niego oknami. Na dodatek jest środek bezksiężycowej, mrocznej nocy. Wszyscy pasażerowie, jakby nigdy nic, spokojnie przekładają swoje tobołki z lewej strony autobusu, która coraz bardziej grzęźnie w błotnistej wodzie, na stronę prawą, a małe dzieci sadowią wygodnie na poręczach siedzeń. I tak czekamy wszyscy razem z kierowcą na jakiegoś ziła wybawcę, który być może nadjedzie i wyciągnie nas z opresji. Zresztą nie z żadnej opresji, bo to przecież zwykła rzeczywistość drogowej komunikacji w Mongolii. Po co budować mosty, kiedy codziennie przejeżdża tędy zaledwie kilka pojazdów, a rzeka i tak wylewa tylko po solidnym deszczu. Na szczęście niedaleko stoi kilka jurt i akurat nocuje tam kierowca cysterny wiozącej benzynę do miasta Ałtaj. Takie „pogotowie drogowe” nam wystarcza. Za parę minut autobus gotowy jest do drogi. Po odświeżającej kąpieli mknie dalej przed siebie. Próbuję sobie przypomnieć czy kiedykolwiek, w czasie dwóch miesięcy spędzonych w Mongolii, widziałam wyprowadzonego z równowagi, czy choćby lekko zdenerwowanego Mongoła. „Jeżeli w twoich piersiach płonie ogień, nie wypuszczaj nosem jego dymu” – nakazuje stare przysłowie, kodeks moralny zapisany we krwi człowieka ze stepu. Można mu tego spokoju ducha pozazdrościć. Na krótką chwilę ulega się czarowi owej harmonii, rytmowi życia, śmiejąc się w duchu ze słowiańskiej impulsywności, porywczości. Ale to mongolskie opanowanie i cierpliwość to coś więcej niż tylko cecha charakteru. To cały styl i filozofia życia, sposób myślenia i odczuwania otaczającego świata. Jest istotą całej kultury nomadów. Kultury tak odmiennej od naszej słowiańskiej, że nie sposób jej do końca zrozumieć i przeniknąć.

sl26

Pij ajrak!

Szkoda, że nie sposób zapamiętać smaków albo zapachów odwiedzanych miejsc. Później można by, oprócz fotografii, pokazać innym, jak tajemniczo pachniały zioła na łące, gdy na brzegu jeziora Chuwsguł rozbijaliśmy obóz po kolejnym dniu forsowania mongolskich koni. Jaki zapach miała przyrządzana na ognisku przez Gambataara – naszego przewodnika – zupa z dodatkiem zerwanego do drodze dzikiego szczypiorku. Albo jak smakowała herbata zaparzana na wodzie z najczystszego jeziora świata…

Ale smakiem numer jeden w świecie potomków Czyngis-chana jest ajrak, inaczej kumys, czyli sfermentowane kobyle mleko. Kumys to lekarstwo na wszystko – orzeka definitywnie Baasan, starszy pan profesor i towarzysz podróży w daleki Ałtaj Mongolski. – Masz problemy z żołądkiem, boli cię głowa, nie możesz spać, nie masz apetytu – pij ajrak! Brzmi to jak niezła reklama. Nie trzeba długo nas namawiać. Właśnie kończymy drugą czarkę tego mlecznego trunku. Kilkunastominutowy postój na trasie. Tracę już rachubę, który z kolei. Kierowca autobusu wspólnie z pasażerami zdecydowali, że już najwyższy czas na orzeźwiającą miseczkę kumysu. Zatrzymaliśmy się zatem przy pierwszej napotkanej jurcie i poddajemy właśnie leczniczej kuracji ajrakiem nasze biedne żołądki – wytrzęsione na wyjątkowo wyboistej drodze. Ajrak smakuje trochę jak kefir, tyle, że jest nieco bardziej cierpki i w niektórych regionach kraju lekko gorzkawy. Piją go tu wszyscy, łącznie z małymi dziećmi, chociaż ma trochę ponad 2 procent alkoholu. Klacz doi się kilka razy dziennie, trzymając blisko jej brzucha źrebaka. Troskliwa kobyłka daje się wydoić tylko wtedy, kiedy czuje obecność swojego dziecka. Mleko wlewa się do skórzanych worków i ubija tak długo, aż zacznie się pienić. Po sfermetowaniu przez noc jest gotowe do picia. Nie można nigdy odmawiać poczęstunku kumysem. To tak, jakbyśmy wzgardzili prastarą historią mongolskiego narodu. Kto wie, może właśnie w kobylim mleku ukryta jest siła tej tradycji?

Pijąc kumys jesteśmy w Mongolii traktowani jak sami swoi, nikną wszelkie bariery, różnice kulturowe. A w jednej małej czarce kobylego mleka można znaleźć fragmenty Tajnej Historii Mongołów z dodatkiem dzikiej, pierwotnej przyrody, no i powiewem wiatru, który dawno temu zamieszkał na szerokim stepie.

mon30

tekst: Dominika Zaręba

Przysłowia mongolskie w tłumaczeniu Stanisława Kałużyńskiego, (w:) Stanisław Kałużyński, „Głosy z jurty”, Wiedza Powszechna, Warszawa 1960.

[:en]

text: Dominika Zaręba

Why does the wind make its home in the steppe?

Sajnbajnu is a Mongolian greeting, which translates into English as: Good day, how are you, are you all right? … You cannot respond to it in the negative. Talking about sadness is considered to bring bad luck. In Mongolia, you have to believe and think positively. As an old Mongolian saying has it: a good thought covers the entire steppe…

Today’s Mongol is the same Mongol as his grandfather and great-grandfather. But time hasn’t by any means stopped here. It continues as it has for hundreds of years in an unchanging rhythm. Maybe the steppe world of the descendants of Genghis Khan simply hasn’t lost its wits yet?

Mongolia03_fotDominikaZareba

A wide steppe is a man’s happiness

If you want to find out where the real Mongolia is, you have to head for the steppe. “Steppe” here means not only the grassy plains which stretch beyond the horizon in the east and west. It is also the rocky terrain of deserts and semi-deserts intersected by fields of golden dunes and the wild Altai mountain range which extends from the south in a westward direction. The definitions extends likewise to the green hills and valleys of central Mongolia covered with thousands of edelweiss, pasque flowers, bluebells and asters. Even the clearings in the larch forests growing in the taiga in the northern part of the land are covered by this term. The truth about the steppe is in the glistening eye of the Mongol’s galloping short and stocky horse. You look into these eyes and you can tell there’s happiness there. The essence of happiness for the nomad is pride in the wide, limitless expanses and pride in being free. Because freedom means the steppe. It has everything one could ask for. Nourishment – meet and milk from herded animals. Transportation – a strong and hardy horse. Fuel needed to cook up a meal and warm oneself when it is freezing outdoors (since most of Mongolia is treeless, the fuel of choice is dried up cow dung). Last but not least: shelter. A cosy yurt tent, which can be disassembled in a matter of minutes and set up tens or even hundreds of miles further away. Nomads travel freely in search of the best possible grazing grounds for their herds of goats, sheep, horses, cows or camels. The steppe belongs to the Mongolian nation, and the nation belongs to the steppe. A covenant for all time?

The truth about the steppe is hidden in the tenderness of the Mongolian melodies and songs. They are sung here by everyone, and most often you hear them on the bus. Imagine the standard bus, packed to the ceiling with people and goods, rushing across the endless steppe, the sun setting over the distant hills, lighting up grazing herds of horses. Out of nowhere, just like that, the urt-duu steppe song begins to sound. Someone in the back makes a first, timid go at the melody, several people at once join up and next thing you know the entire bus is involved. Like a well-rehearsed orchestra, old and young, women and men sing their musical stories.

-What are the songs about?- I ask Chureł Baatar, whose by far the loudest singer.

– About how calmly life flows on the steppe.

Listen how Urna interprets Mongolian songs

There may not be any centenarians here, but there are thousand-year old words

It may be hard to believe, but the medieval accounts of travelers who saw Mongolia haven’t lost much in terms of their validity. Discovering the world strikingly similar to the one that Marco Polo, Carpine Giovanni da Pian or Wilhelm Rubruk saw has a magic quality to it. Coming face-to-face with the might of the Mongolian tradition brings about unease and awe at the same time. Just like the first European discoverers of Central Asia, we have to – for example – take care not to step on the doorstep when entering a yurt (doing so is a very bad omen) and be sure to flick the first few drops of archi (Mongolian vodka) in the four cardinal directions as a sacrifice.

Noho hor! Silence the dogs! – I shout out as hard as I can as I approach the patterned doors of the yurt standing in the middle of a boundless meadow. And while no ominous bark can be heard, these are the first words you are supposed to holler when paying someone a visit in the steppe. Noho hor is meant first and foremost to make known that weary travelers are approaching, although sometimes it may actually spare you an encounter with a not all too friendly sheepdog. Still absorbed by the fact that this is my first visit to a yurt, I frantically go over in my mind the ‘rules of good behavior’ I read up on before my trip. These rules may well be a thousand years old. How did they go again? All right, the guests all sit on the left hand side. When we’re handed a snack with both hands, we’re supposed to take it with both hands as well. If they pass us food with their right hand and use their left hand to hold up their right elbow, one is supposed to respond by doing the same gesture … My hands are getting all tangled up in the process, while the host family is clearly having a good time looking on as I do my best to keep up with the Mongolian savoir-vivre. Several pairs of black, cheerful eyes are fixed on us. We don’t doubt we’re none the better. We take in their dark hues and sharp facial features. Our gaze settles on the silk dresses of our hostess and her daughters. And so there we are, sitting opposite each other like creatures from two different worlds, not a word is spoken, we communicate with our grins. Two generations of round eyes and four generations of slanting eyes.

This is usually how a first visit to a yurt goes. After that it only gets better. It’s enough to learn a few Mongolian words and expressions to have a nice ‘chat’ about how the sky today is very blue, that you don’t get this kind of wind over in Poland and that my home country is five times smaller than Mongolia but has fifteen times the population Mongolia does. And you can even get used to salted tea with milk. Yes, when you come back to the yurt thirsty and tired after yet another day of traveling in the great outdoors, you can’t think of anything else excepting having a nice bowl of suutei tsai.

sl23

Don’t cross the water without asking about the ford

As I sit on a bus, which has gotten stuck in a wide and fast-flowing river with water slowly beginning to pour in through the windows, I remember these words of warning from Mongolian ancestors, and find they are quite ironic, given the situation I’ve found myself in. What’s more, outside is a dark and moonless night. Meanwhile, all the passengers, as if nothing had happened, are calmly moving their bundles from the left side of the bus, which is getting more and more stuck in the muddy water, over to the right side. Little kids nestle comfortably on the armrests of their seats. We’re all – including the driver – waiting for some type of liberator, who maybe will show up and deliver us from our oppression. Well saying it’s oppression is taking it too far – this is a part of everyday life on the roads of Mongolia. Why build bridges, when there are only a few crossings daily, and the river bursts its banks only after a major downpour. Luckily, not far from here there are several yurts and as chance would have it one of the people staying overnight is a driver of a tank truck with gasoline en ruet to the city of Altai. This is just the „emergency road assistance” we need. A few minutes pass and after having this refreshing bath, the bus is ready for the road. I am trying to recollected whether during the two months already spent in Mongolia I have ever come across so much as one Mongol who has lost his cool or shown even the slightest sign of irritation. An old proverb instructs: „if fire burns in your breast, don’t let out the smoke through your nose” and this is the moral code instilled in those for whom the steppe is home. This peace of mind is enviable. For a short moment, you let yourself be charmed by this harmony, rhythm of life, and you inevitably laugh to yourself at the contrasting Slavic impulsiveness and hastiness. But this Mongolian composure and patience is something more than just a trait of character. It’s an entire philosophy and way of life, a way of thinking and perceiving the outside world. In a way, it’s the essence of the entire nomadic culture. A culture so different from our Slavic one it’s pretty much impossible to really have an in-depth understanding and appreciation of it.

sl26

Drink airag!

It’s a shame that one can’t have a vivid memory of tastes and smells of the places one travels to. Were this possible, one could not only show photographs but share with others the mysterious smell of the herbs on the meadow next to the shore of Lake Khövsgöl where we set up camp after another day of really pushing our Mongolian horses. Or the smell of soup cooked up on the fire by Gambataara – our guide – with some wild chives picked up along the way. Or the taste of tea brewed in water from the cleanest lake in the world…

But the number one taste in the world of the descendants of Genghis Khan is airag, otherwise known as kumys, or fermented mare’s milk. Airag is a cure for everything – says Baasan, an older professor and our companion to the far-away lands of the Mongolian Altai region. And his opinion sounds authoritative. If your stomach’s giving you problems, if you are suffering from headache, you are having trouble falling asleep, you’ve lost your appetite – drink airag! Sounds like a cool advertisement. It doesn’t take much to convince us. We are just finishing the second cup’s worth of this milky drink. A short, 20 minute break before we continue on our journey. I’ve lost track of how many breaks we’ve had. The bus driver along with the passengers have just decided that it’s high time for a refreshing bowl of kumys. We stop at the first available yurt and are in the process of ‘healing’ our poor stomachs, which are all shook up after a particularly bumpy road experience, with some airag. Airag taste a bit like kefir, except it’s a bit more tart, and in some regions of the country, slightly bitter. Everyone drinks it here, small children included, even though it has slightly over 2% alcohol. The mare is milked a few times a day, with the foal kept close to its stomach. The caring mare will allow herself to be milked only when it feels the presence of its own nearby. The milk is poured into leather sacks and mashed until it begins to froth. After fermenting overnight it’s ready to drink. You can never refuse kumys when it’s offered to you. Doing so would be like holding the ancient history of the Mongolian nation in low regard. Who knows, maybe the strength of this tradition is hidden in mare’s milk?

Once you get to drinking kumys in Mongolia, you’re treated as one of your own, all barriers and cultural differences break down. In one small bowl of mare’s milk you can find a piece of the Secret History of the Mongols along with a sense of the wild and primeval nature and a gust of the wind, which long, long ago founds its home in the steppe.

mon30

***

text: Dominika Zaręba

English translation: Piotr Szmigielski

[:]

Podróżowanie bliżej natury

Podróżowanie bliżej natury

[:pl]

tekst: Dominika Zaręba

Ekoturystyka to podróżowanie w sposób wrażliwy dla przyrody i miejscowych tradycji, poznawcze i aktywne. To podróżowanie w miejsca wyróżniające się bogactwem przyrody, pięknem krajobrazu i unikalną kulturą. Ekoturystyka, która jest dzisiaj jednym z najszybciej rozwijających się rynków turystycznych na świecie, ma z jednej strony pomagać chronić środowisko naturalne, a z drugiej przynosić dochody mieszkańcom i zasilać lokalną gospodarkę.

Kim jest ekopodróżnik?

Styl aktywnego i dogłębnego zwiedzania miejsc przyrodniczo cennych jest pewnego rodzaju powrotem po tradycji podróżowania i pieszych wędrówek zapoczątkowanych już ponad sto lat temu. „Pierwowzorami” polskich ekoturystów będą zatem nasi pierwsi krajoznawcy, miłośnicy gór, popularyzatorzy ochrony przyrody oraz pionierzy głębokiej turystyki, tacy jak: Hugo Zapałowicz, Jan Gwalbert Pawlikowski, Mieczysław Orłowicz, Władysław Szafer i in.. Ekoturysta odwiedza miejsca wyróżniające się bogactwem przyrody, pięknem krajobrazu i unikalną kulturą. Smakuje kuchni regionalnej, kupuje pamiątki i produkty wytwarzane lokalnie na targach i w małych sklepikach, poznaje miejscowe zwyczaje i tradycje, odkrywa klimat miejsca… Jest zainteresowany zwiedzanym regionem, jego historią, dziedzictwem, przyrodą, wsłuchuje się w opowieści ludzi, szanuje miejscowe zwyczaje i mieszkańców, uczestniczy w imprezach kulturalnych i artystycznych. Ekopodróżnik chętnie korzysta z publicznych środków transportu a także wypoczywa aktywnie – na rowerze, kajaku, w siodle, pieszo albo uprawiając inne ulubione formy rekreacji i sportu na świeżym powietrzu.

Slajd 1rys. Kazimierz Wiśniak

Podróżujmy odpowiedzialnie

Blisko jedna trzecia turystów na świecie, zwłaszcza mieszkańców dużych miast, tęskni za ciszą i spokojem, odpoczynkiem blisko przyrody, czystą wodą i zdrowymi posiłkami. Chce poznawać nowe kraje, regiony i ich kulturę, aktywnie odpoczywać, uprawiając ulubione sporty na łonie przyrody. W podróży poszukuje autentyczności, przeżyć duchowych, spotkań z miejscową kulturą, możliwości poznania tradycji i kuchni regionalnej. – „Konsumenci domagają się dzisiaj bardziej indywidualnych i autentycznych doświadczeń w podróży” – mówi Rika Jean-Francois, szefowa ds. CSR Międzynarodowych Targów Turystycznych ITB w Berlinie. „Turystyka odpowiedzialna to rosnący trend na światowym rynku” – dodaje ekspertka. W publikacjach Rady Europy i Europejskiej Komisji Podróży na temat przemysłu turystycznego można przeczytać o przełomie w postawach i mentalności współczesnych turystów, który przejawia się przede wszystkim w zwiększeniu się ich świadomości ekologicznej i wymagań co do jakości usług oraz atrakcyjnego przyrodniczo i niezanieczyszczonego otoczenia w miejscu podróży lub wypoczynku. Ponad 70 procent użytkowników portalu Trip Advisor planuje dokonywać bardziej przyjaznych dla środowiska wyborów w następnym roku. Według Światowej Organizacji Turystyki w ciągu najbliższych dwóch dekad będziemy obserwować prawdziwy boom turystyki przyrodniczej oraz ekologicznych ośrodków turystycznych i hoteli….

Jaki rozpocząć przygodę z ekoturystyką?

Wybór kierunku, miejsca podróży zależy od indywidualnych pasji i zainteresowań. Ekoturystyka daje pole do popisu dla każdego w tysiącach zakątków świata, i tym dalekich i tych bliskich, swojskich – polskich czy środkowoeuropejskich. Eko-podróżowanie to w pewnym sensie podróż w głąb siebie, poznawanie świata w sposób ciekawski z szeroko otwartymi oczami. Przygodę z ekoturystyką możemy rozpoczać od podróży na małą skalę, choćby od wyjazdu na łono natury, na polską wieś w okolice obszarów chronionych. Zatrzymać się na nocleg w gospodarstwie agroturystycznym albo rodzinnym pensjonacie, spędzić czas aktywnie – na rowerze, pieszo, kajakiem, konno…, delektować się regionalnym jadłem, odkrywać lokalne klimaty i „ducha miejsca”, uczestnicząc w imprezie kulturalnej, biorąc udział w warsztatach rękodzielniczych albo kulinarnych… Pomysłów i sposobów na ekopodróżowanie jest naprawdę nieskończona ilość i można je wcielać w życie także w naszym kraju.

Polska ma ogromy potencjał do rozwoju ekoturystyki – parki narodowe i inne obszary chronione unikalne na skalę europejską obfitujące w rzadkie gatunki zwierząt i roślin zagrożonych wyginięciem, dzikie, nieuregulowane rzeki, malownicze i różnorodne krajobrazy wiejskie, bogate tradycje regionalne, w tym rzemiosło, sztuka, kuchnia, zdrowa żywność, która podbija podniebienia turystów zagranicznych… Jeśli ten potencjał mądrze wykorzystamy, to ekoturystyka może stać się naszą marką w Europie i na świecie!

*

„Potrzeba nam wmieszać działanie klimatu i krajobrazu do naszego życia; aby stać się sobą, należy jednoczyć się z przyrodą. Dobrze robi stać samemu pod wolnem niebem, obok rdzawych skał czy białych wodospadów. Wymowne i nadziejne stać się nam mogą milczące szczyty, barwne kwiaty, piosnki dzikiego ptactwa, niewzruszona postawa i cień drzew-olbrzymów”.

Władysław Szafer

BabiaGora_strumyk

tekst i zdjęcia: Dominika Zaręba

(materiał przygotowany dla programu EDEN Polska, POT)[:]